Śladem drewnianych cerkiewek
Jak zwykle jechaliśmy w ciemno, licząc na łut szczęścia, że właśnie w tym okresie
okolice Czarnej Górnej i Polany nie będą okupowane przez turystów. I rzeczywiście
- na miejscu okazało się, że kwater jest sporo i jeśli tylko mielibyśmy ochotę,
moglibyśmy przebierać w nich jak w ulęgałkach. Wybór padł na piętrowy dom w Polanie,
stojący tuż obok drogi łączącej Czarną Górną ze zbiornikiem, czy jak kto woli,
jeziorem Solińskim. Wypakowaliśmy rzeczy, chwilę porozmawialiśmy z gospodynią i
ruszyliśmy na krótki, wstępny rekonesans.
Adam skupił się na widokach, ja na przybytkach gastronomicznych, bo słońce już
wyraźnie chyliło się ku zachodowi, a kiszki marsza grały, że hej! Po doświadczeniach
z zeszłego roku, kiedy w Komańczy i jej okolicy nie mogliśmy znaleźć nawet jednej
porządnej knajpki, nie liczyłam na jakiś cud-bar. A jednak życie potrafi zaskoczyć!
Kilka kilometrów za Polaną, tuż obok ośrodka wypoczynkowego "Moklik", znajduje się
niewielki, "plastikowy" bar o szumnej nazwie "Belvedere". Wieczór zaczęliśmy od
przekąski i jednego piwa na spółkę. Niestety, na tym poprzestaliśmy, ponieważ
słońce zaczęło konsekwentnie chować się za wzgórza, a Adam równie konsekwentnie
zaczął denerwować się, że nie hasa w plenerze. Pokręciliśmy się jeszcze to tu, to
tam i kiedy pierwsze gwiazdy zamigotały do nas z góry, wróciliśmy do domu.
Noc była krótka i zimna. Przed chłodem pokoju i kaloryferów chroniły nas ciepłe
pierzyny, lecz przed porannym tuptaniem dziecięcych nóżek, nie było nas w stanie
nic uratować. Okazało się, że cały dom jest okupowany przez maluchy. Panoszyły
się wszędzie. Wstawały tuż po szóstej, kładły się spać przed dwunastą. Chodziły,
biegały, siedziały, szczebiotały. Były wszędzie, więc z góry uznałam, że mogę
zapomnieć o długim, błogim śnie.
Pospiesznie zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w trasę. Ustaliliśmy, że, o ile pogoda
nam dopisze, cały dzień będziemy kręcić się po okolicy w poszukiwaniu zabytkowych,
drewnianych cerkiewek. Na pierwszy ogień poszła cerkiew w Bystrem. Aby trafić do
Bystrego trzeba, jadąc z Polany, tuż przed Czarną Górną, skręcić w prawo, a potem
wąską, niemiłosiernie wyboistą drogą piąć się to w górę, to w dół. Po drodze co
i rusz napotyka się kamienne świątki. Niektóre odnowione, otoczone wianuszkiem
kwiatów, inne nadgryzione zębem czasu. Mniej więcej po 7 km droga się rozwidla -
można skręcić w lewo, gdzie na horyzoncie majaczą banie cerkwi lub w prawo - o
ile myśli się o zakupach w wiejskim sklepiku lub o kwaterze agroturystycznej. Przed
rozstajem dróg znajdują się zabudowania gospodarstwa miejscowego rzeźbiarza.
Zadziorny pies uwija się między ogromnymi rzeźbami - niewielką, lecz jakże piękną
próbką możliwości artysty.
Skręcamy w stronę cerkwi. Znikają plamy wygryzionego asfaltu. Droga zmienia się w
błotnisto-trawiaste grzęzawisko. W zasadzie Bystrego już nie ma. Kilka chałup,
dzieciaki w gumiakach grające czym popadnie w nogę, staruszek w za szerokich portkach
kuśtykający wzdłuż płotu i martwa cisza. Cerkiew p.w. Michała Archanioła stoi tuż
obok drogi. Została wybudowana w 1902 r. Jest to trójdzielny budynek o konstrukcji
zrębowej, zadaszony trzema niezbyt pękatymi kopułami. Prowadzi do niego odnowiona,
dwukondygnacyjna brama-dzwonnica parawanowa. Po 1951 r. cerkiew została opuszczona,
co przyczyniło się do jej postępującej dewastacji. Obecnie leży w gestii Towarzystwa
Opieki nad Zabytkami, które zbiera fundusze na jej remont.
Po przeciwnej stronie cerkwi, wzdłuż wąskiej drogi ciągnie się płotek dawnego cmentarza.
Na tle brzóz i kawałka bezchmurnego nieba wyraźnie odbijają się szare i bielone cokoły
nagrobków. Jest ich trzynaście, każdy pochylony w inną stronę, otoczony żelaznym
uściskiem dzikiej róży, z zatartymi, gdzie niegdzie tylko widocznymi, inskrypcjami.
Po jakimś czasie decydujemy się spojrzeć na cerkiew z pobliskiego wzgórza. Ścieżka
wiedzie przez rwący strumyk, podmokłą łąkę kaczeńców, między smukłymi jałowcami.
Na jej końcu hasają radosne krowy, szumi brzozowy młodnik, a w oddali majaczą ośnieżone
stoki gór. Z jednego z wymarłych domostw dobiega nas leniwe, basowe szczekanie burka.
Wracamy do samochodu i jedziemy prosto przed siebie - do Michniowca, gdzie za chałupami,
na wzgórzu stoi cerkiew greckokatolicka p.w. Narodzenia Bogurodzicy. Od lat 70-tych
służy jako kościół rzymsko-katolicki, nic więc dziwnego, że jest w dużo lepszym stanie
niż cerkiew w Bystrem. W słońcu błyszczą srebrnoszare kopuły wieńczące obszerną nawę.
Ponoć cerkiew jest unikalna pod względem rozwiązania architektonicznego, ale po
emocjach związanych z oglądaniem poprzedniej świątyni, nie robi na nas najmniejszego wrażenia.
Wracając w stronę Czarnej, wstępujemy do Lipia. Tu znajdują się szczątki ruin jeszcze
jednej cerkwi. Aby do nich dotrzeć, kluczymy między chałupami i grzęźniemy po kostki w
błocku. Z dawnych zabudowań świątynnych zachowała się tylko bardzo zniszczona dwukondygnacyjna,
arkadkowa dzwonnica. Podmurówkę i schody cerkwi porasta miękki mech. Obok cerkwi
był cmentarz. Nagrobne krzyże chowają się między drzewami i wysokimi, gęstymi krzakami.
Niektóre są nawet w niezłym stanie - można odczytać imiona zmarłych i dotknąć kamiennych
płaskorzeźb. W samym sercu cmentarza wzrok przykuwa nowiutka, granitowa tablica
z napisem: JAKÓB WACHAL 1828 - 1905. ŚPIJ W SPOKOJU OJCZE UKOCHANY!
Zerkamy na mapę - następny przystanek wypada w Równi. W środku wsi, po prawej stronie
za zabudowaniami, w otoczeniu starych lip stoi niezwykle urokliwa, ciemnobrązowa
cerkiew p.w. Pokrow Przeświętej Bogurodzicy, co na "ludzki" język można przetłumaczyć
jako: Opieki Matki Bożej. Trójdzielna, z dwukondygnacyjnym babińcem, zwieńczona
trzema drewnianymi kopułami. Można przy niej siedzieć godzinami i wpatrywać się w
nią jak w obrazek lub obchodzić ją dookoła w poszukiwaniu detali, które umknęły na
pierwszy rzut oka. Razi jedynie wąski betonowy chodnik wiodący od bramy do drzwi świątyni.
Z Równi udajemy się do Hoszowszczyka, gdzie znajduje się odnowiona cerkiew z 1926 r.
p.w. Matki Bożej. Drewniana, trójdzielna, o konstrukcji zrębowej, na planie krzyża
łacińskiego. Obecnie pełni funkcję kościoła rzymsko-katolickiego, o wygląd i wystrój
którego dbają okoliczni mieszkańcy.
Następna z cerkiewnych perełek to świątynia w Hoszowie. Usytuowana niedaleko szosy,
w porównaniu ze swoją poprzedniczką bardziej pękata i można rzec dostojna. Zbudowana
w latach 1939 - 1948. Trójdzielna, na planie krzyża greckiego, jednokopułowa. Leży
na niewielkim pagórku, więc wspinamy się na stok po drugiej stronie szosy, aby uchwycić
ją z góry, w całej okazałości. Z tej odległości wygląda tak, jakby ktoś napierał na
nią od tyłu i zmuszał do przesunięcia się w dół doliny. Szpecą ją drastycznie przycięte
drzewa, wyciągające gołe kikuty w kierunku nieba.
Połowa dnia minęła. Głód daje o sobie znać. Kupujemy sanocką maślankę i pętko kiełbasy
bieszczadzkiej. Zasiadamy w cieniu przycerkiewnych drzew i zachłannie wcinamy cały
prowiant. Czekamy aż słońce obniży się, a światło stanie się cieplejsze, mniej kontrastowe.
Po jakimś czasie ruszamy w stronę Krościenka. Skręcamy w bok i dojeżdżamy do cerkwi
p.w. Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Liskowatym. Jest niepozorna, znacznie
oddalona od szosy, ukryta za drzewami. Niby nic specjalnego, a jednak ma w sobie
coś magicznego. Może jej urok tkwi w tym, że jest opuszczona i zaniedbana. A może
magnesem jest biała murowana dzwonnica-brama. Studiuję tablicę z zarysem historycznym -
zabudowana w 1832 r., po 1951 opustoszała. W latach 1953 - 1954 emigranci greccy
przerobili ją na magazyn nawozów sztucznych i tym samym przyczynili się do jej zniszczenia.
Odnowiono ją w 1965 r., nadal jednak służyła jako magazyn. Późniejsze prace konserwatorskie
zamiast pomóc, raczej zaszkodziły. Z powodu braku dokumentacji historycznej, budynek
zeszpecono, dodając zbędne elementy lub rezygnując z rekonstrukcji tego, co istotne.
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik