Podróż zaplanowaliśmy na ten sam okres, co w zeszłym roku, tj. począwszy od
Bożego Ciała, a skończywszy na niedzieli dwa tygodnie później.
Różnica w czasie między zeszłorocznym a tegorocznym wypadem była niewielka,
bo zaledwie tydzień. Na miejscu, zwłaszcza na dalekiej północy, okazało się
jednak, że 7 dni w życiu roślin i zwierząt to bardzo dużo. Ale nie uprzedzajmy
faktów...
Plany co do pierwszego dnia mieliśmy dość śmiałe - przejechać prawie 1200 km,
załadować się na prom w Tallinie i jeszcze tej samej nocy dotknąć stopą i kołami
fińskiej ziemi.
Trasę Warszawa - Suwałki - Budzisko pokonaliśmy w niecałe 4 godziny.
To, co od razu rzuca się w oczy po przekroczeniu granicy w Budzisku, to
"odfalowanie" terenu. O ile Suwalszczyzna wije się i kręci między jeziorami i
niemal na każdym kroku wyskakuje do góry ślicznymi pagórkami, o tyle ten kawałek
Litwy, który przylega do granicy za Budziskiem, jest płaski jak decha do prasowania.
I na dodatek niemal całkowicie wyludniały. Całość odrobinę
przygnębia, ale powstrzymujemy się od złośliwych komentarzy, bo to zaledwie
niewielki wycinek tego, co moglibyśmy zobaczyć. Humoru nie poprawia nam ani
wyliniały lis, który biegnie wzdłuż drogi, ani ulice Kowna, nad których królują
zabytkowe, niestety, dość zniszczone domy.
Za Kownem robi się ładniej. Droga prowadzi wśród zielonych pól i lasów. Co jakiś
czas pojawia się charakterystyczny znak - brązowa tablica z białą plecionką
(w ten sposób zaznaczone są zabytki). Po kilku godzinach podróży postanawiamy na
chwilę zatrzymać się w jednym z takich miejsc. Skręcamy w bok,
kierując się na Bistrampolio dvaras.
Po chwili okazuje się, że pod tą nazwą kryje
się dość duży dwór szlachecki niegdyś należący do rodziny, która pieczętowała się
herbem Tarnawa. Dwór usytuowany jest w głębi dziedzińca porośniętego równo przystrzyżoną
trawą. Wzniesiony został w XVII w. i dziś prezentuje się znacznie mniej okazale
niż za czasów swojej świetności. Klasycystyczny, wysunięty portyk, podtrzymywany
przez cztery potężne kolumny, zaprasza wszystkich przyjezdnych do środka. A
wewnątrz puste sale, obłupane ściany, zerwana podłoga, stare, przyszarzałe arkady,
tony gruzu i stosy worków z cementem. Na pierwsze piętro prowadzą drewniane schody,
skrzypiące przy każdym dotyku buta. Prócz dworu zachowało się kilka zrujnowanych
budynków folwarcznych i ogromny park ze starymi drzewami. Wokół posiadłości kręci
się kilku robotników z pobliskiej wsi, pracujących przy odbudowie obiektu. Jeszcze
przez moment plączemy się między zabudowaniami, a potem ruszamy dalej.
Po godzinie dojeżdżamy do granicy litewsko-łotewskiej. Przejście świeci pustkami,
nikt nie przejeżdża ani w jedną, ani w drugą stronę. Rubaszny celnik, zwracając
się do nas po rosyjsku, prosi nas o paszporty i kartu awtomobila. Przez chwilę
uważnie wszystko przegląda, a następnie łaskawie puszcza nas dalej.
Łotwa robi o wiele lepsze wrażenie niż Litwa. Jest zielona, lesista. Jedzie się
przez nią przyjemnie, tym bardziej że policjanci nie mają w zwyczaju chować się
w krzaczorach lub za górką, tylko jak ekshibicjoniści ustawiają się tak, że z
daleka wiadomo, o co chodzi.
Mijamy miejscowość Dole, gdzie na rzece Daugavie zbudowano potężną zaporę. Adam,
jak zwykle w takich wypadkach, ciska się za kierownicą (" Taaak, oczywiście!
Ta zapora to czysta energia, nie licząc dziesięciokrotnie większych strat w
środowisku!"). Zatrzymujemy się na krótki popas. A już chwilę potem pędzimy przed
siebie, pospiesznie przemierzając kolejne kilometry Via Baltica. Droga ta ciągnie
się wzdłuż wybrzeża Bałtyku i według wszelkich dostępnych nam map miała nas
zaprowadzić prosto do Tallina. Niestety, lato to ulubiona pora drogowców. Rozłażą
się po wszystkich drogach świata, ryją gdzie popadnie i remontują coś, co już
dawno powinni byli wyremontować. Roboty drogowe nie ominęły i Via Baltica.
Nieopatrznie zjeżdżamy w bok i właściwa droga zostaje gdzieś za nami w tyle.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Szosa zaczyna wić się między lasami,
jakby zapraszała na długą, pasjonującą wycieczkę.
Na dodatek na całej swojej
długości poprzecinana jest torami kolejowymi, po których zaczęła pałętać się
jedna i ta sama kolejka. Za pierwszym razem bez szemrania zatrzymujemy się przed
opuszczonym szlabanem i czekamy, aż ciuchcia pojedzie w siną dal. Po kilku minutach
ten sam parowóz zmusza nas do ponownego postoju. Lekko wzruszamy ramionami, ale
zatrzymujemy się, bo cóż innego możemy zrobić? Droga meandruje łagodnymi
zakosami i... po raz trzeci ciuchcia przecina nasz szlak. Czwarty raz doprowadza
nas do irytacji; piąty - do wściekłości. Szósta i siódma odsłona to istne
apogeum. Kto to wymyślił i po co?
Po dwóch godzinach kluczenia po łotewskich manowcach kapitulujemy. Trzeba spojrzeć
prawdzie w oczy - prom może stać i wyć w niebogłosy, a my i tak na niego nie
zdążymy. A skoro tak, to po co się spieszyć? Zwalniamy i dzięki temu przestaję
przysypiać skręty, którymi powinniśmy jechać, a poza tym wreszcie zaczynamy
dostrzegać to, co dzieje się po obu stronach drogi. A jest na co patrzeć! Wzdłuż
drogi ciągną się ogromne szpalery wysmukłych brzóz. Tak jak cedr jest symbolem
Libanu, tak brzoza mogłaby być symbolem Łotwy. Po drodze mijamy też kilku
autostopowiczów. Każdy z nich trzyma w łapkach tablicę z napisem, dokąd chciałby
się dostać. Zazwyczaj są to miejsca jak najbardziej realne, do których można
dotrzeć po godzinie lub dwóch godzinach podróży. Wyjątek stanowi młodzieniec ze
sfilcowaną czupryną, który pomny na to, że kierowcy zatrzymują się bardzo rzadko,
starannie wykaligrafował na swojej tekturce: Las Vegas (może to właśnie podziała?).
Na jednej z bocznych dróg hamujemy przed kolczastym stworem, który leniwie
przemieszcza się z jednego pobocza na drugie. Stwór okazuje się najprawdziwszym
w świecie jeżem. A zatem trafi mu się jedyna, niepowtarzalna okazja w życiu, z
której nie może zrezygnować. Będzie miał sesję zdjęciową! Kilka fotek z profilu,
kilka en face i jeszcze kilka z odsłoniętym prawym i lewym uszkiem. Potem
zostawiamy go w spokoju, a on zastyga na dłuższą chwilę w zadumie nad swym
jeżowym losem.
Kiedy wreszcie udaje nam się wskoczyć na Via Baltica, okazuje się, że właśnie
ten kawałek drogi jest okupowany przez drogowców i ich buldożery. Podróż
ślimaczy się, ruch w wielu miejscach jest wahadłowy. Zrezygnowani docieramy do
łotewsko-estońskiej granicy.
Odprawa przebiega niezwykle sprawnie. Znów zabierają nam wszelkie możliwe
dokumenty i dodatkowo zaglądają do bagażnika (czyżby szukali przemycanych Arabów?).
Wędrówkę przez Estonię pamiętam jak przez mgłę. Mniej więcej 15 km po
przekroczeniu granicy licznik wybija nam pierwsze 1000 km drogi. Do Tallina
dojeżdżamy późnym wieczorem. Przez moment wahamy się, czy nie podjechać do portu,
bo a nóż widelec, coś tam jeszcze na nas czeka. Ale szybko zapominamy o tym
pomyśle. Tallińskie stare miasto znajduje się na liście światowego dziedzictwa
UNESCO, więc pewnie warto je zobaczyć.
Przedmieścia Tallina zaskakują zabudową. Dominują duże, drewniane domy sylwetką wyraźnie
nawiązujące do stylu skandynawskiego. Posesje ogrodzone są wysokimi,
pastelowymi płotami, zza których wyglądają dopiero co rozwinięte, soczyste
kiście bzu. Przejeżdżamy przez centrum - prezentuje się niezwykle okazale. W
jednej chwili zapominamy o tym, co nam się wcześniej kołatało po głowie. Przed
wyjazdem byliśmy pewni, że Estonia jako była republika radziecka, zachowała
część spuścizny sowieckiej. Nic z tych rzeczy! Na pierwszy rzut oka Tallin jest
bardziej europejską, wręcz światową stolicą, niż Warszawa.
Wyjeżdżamy na obrzeża miasta - po lewej stronie drogi fale Bałtyku liżą
piaszczysto-kamienny brzeg. Zatrzymujemy się w jednym z licznych zagajników.
Jest zimno, a mimo to ludzie spacerują, uprawiają jogging i piją piwo ze znajomymi.
Potężne głazy tkwią samotnie na piasku, opuszczone przez ptaki i toń morską.
Po raz pierwszy odpalamy turystyczny kocherek z gazem, który ma nam pomóc
wyswobodzić się ze szponów suchego żarcia. Ogień wesoło buzuje i klopsiki
bulgoczą w garnku, aż miło.
Rozkładamy siedzenia w samochodzie, wtulamy się w śpiwory i zasypiamy snem sprawiedliwego.
Pobudka przed 8.00. Pada, z nieba siąpi kapuśniaczek, co jakiś czas podsycany
przez silne podmuchy wiatru. Za dnia wszystko wygląda inaczej. Na horyzoncie, po
drugiej stronie zatoki, widać port i wieże kościołów zabytkowego starego miasta.
Podjeżdżamy do portu - jest dość spory, a mimo to za każdy oficjalny parking
trzeba zapłacić, a nieoficjalny jest tylko jeden, na szczęście zupełnie pusty.
Z Tallina do Helsinek można popłynąć promem należącym do jednego z trzech
przewoźników. O tym, że jest ich trzech, dowiadujemy się dopiero po jakimś czasie,
po starannej lustracji wszystkich hal portowych. Wybieramy Tallink i po
zapłaceniu drobnej kwoty 865 koron (taaaaak...) stajemy się szczęśliwymi
posiadaczami biletów. Niestety, prom odpływa dopiero o 13.30. Przy normalnej
pogodzie cieszylibyśmy się, że mamy sporo czasu na zwiedzanie tallińskiej
starówki, ale deszcz z minuty na minutę wzmaga się i średnio uśmiecha się nam
perspektywa dreptania po mieście. A jednak skusiliśmy się i, nie powiem..., warto było.
Stare miasto usytuowane jest na wzgórzu. Aby dostać się na sam czubek tego wzgórza,
nad którym góruje zamek Toompea i sobór św. Aleksandra Newskiego, trzeba piąć się wąskimi uliczkami,
do których przyklejone są malownicze, stare kamienice. Brukowaną ulicą
dochodzi się do starego placu targowego, zdominowanego przez gotycki ratusz i
rząd kolorowych kramów. Kramarki i kramarze sprzedają różne przedmioty, zwykle
wykonane z drewna, a także śliczne gałgankowo-drewniane marionetki (podobno,
jeśli chodzi o tego typu gadżety, Tallin powinien kojarzyć się z drewnianymi
maselniczkami, gładkimi nożykami do masła i właśnie z lalkami na sznurkach).
Wałęsamy się między średniowiecznymi kamienicami, aby na koniec dotrzeć do
warownych murów podtrzymywanych drewnianymi stemplami i niezwykle okazałej
cerkwi Aleksandra Newskiego, wewnątrz której panuje nastrój nabożeństwa, ale i
pewnego poruszenia. W nawie bocznej pop udziela sakramentu eucharystii, w środku
kręcą się turyści i wierni. Wzrok przykuwają ociekające złotem carskie wrota i
wysokie, usiane gwiazdami sklepienie. Przed cerkwią stoi rządek staruszek-żebraczek.
Każda z nich ma kwiecistą chustkę na głowie, a w ręku kurczowo trzyma puszkę lub
woreczek na jałmużnę. Miejscowi, przychodząc do kościoła lub wychodząc z niego,
obdarowują wszystkie babcie drobnymi monetami.
Obok cerkwi znajduje się budynek parlamentu estońskiego i wspomniany zamek Toompea.
Powoli wracamy do portu, po drodze zaglądając do sklepików, w których można kupić
prawdziwe cudeńka (starówka okupowana jest przez artystów z prawdziwego zdarzenia).
Wszystkie zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz
w formie powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik