W końcu okrętujemy na promie Romantica. Romantyczna jest w niej restauracja, gdzie
przy blasku świec i tombaku, można zjeść wystawny obiad lub równie wystawną
kolację. Oprócz restauracji na promie są też trzy knajpki, a każda w swoim, jakże
niepowtarzalnym stylu, np. w jednej z nich puszczają tylko rock i metal.
Szczęśliwi posiadacze wypchanych kies mogą pozbyć się szeleszczących banknotów
w kasynie lub jednym z dwóch sklepów bezcłowych.
Po 3 godzinach dopływamy do Helsinek. Odprawa paszportowo-celna przebiega bez
problemu. Przystojny młodzieniec, żujący od niechcenia gumę, nawet nie pyta nas
o cel wizyty w jego ukochanym kraju. Postanawiamy, że popołudnie spędzimy w mieście.
No i zaczyna się to, co właściciele samochodów lubią najbardziej - stanie w korku i
poszukiwanie wolnego miejsca do zaparkowania. Wszystko zastawione i na dodatek
oblepione parkometrami. Mamy jak najlepsze chęci, żeby zapłacić za to, że przez
jakiś czas zajmiemy kawałek fińskiego chodnika. Niestety, nigdzie nie ma bankomatu.
Krążymy długo i nerwowo, aż w końcu wybija godzina, od której można parkować za
darmo. Zatrzymujemy się na placu, gdzie za dnia handluje się rybami. W oddali,
na prawo od targu, góruje Sobór Uspieński, ogromny, przysadzisty
budynek z czerwonej cegły, przywodzący na myśl stare łódzkie fabryki. Całość
wieńczą dwie cebulaste, zielone kopuły. Cerkiew leży na wyspie Katajanokka, na
którą prowadzą niewielkie, stylowe mostki. Ze wzgórza roztacza się widok na miasto
i port. Dość blisko migoczą niebiesko-złote kopuły luterańskiej katedry. Idziemy
do niej, po drodze mijając odprawę warty, w której biorą udział żołnierze ubrani
w granatowe mundury, białe mycko-hełmy i długie białe getry.
Tuomiokirkko jest niezwykle urodziwą klasycystyczną luterańską katedrą o kredowo
białych ścianach i błękitnych, wręcz lazurowych kopułach usianych złotymi
gwiazdkami. Wiodą do niej szerokie, wysokie schody. Przed kościołem stoi pomnik
cara Aleksandra II (tak, tak... Oni też tam byli), otoczonego wianuszkiem posągowych
dziewic. W samym sercu miasta znajduje się park Esplanade, wygładzony i wyczyszczony
do granic możliwości, ozdobiony fontannami i secesyjnymi pawilonami, w których
mieszczą się kafejki.
Z Helsinek nasza droga wiedzie do Turku, najstarszego miasta w Finlandii i zarazem
pierwszej stolicy kraju. Przez okna samochodu migają nam widoczki - jeziorka,
skały na obrzeżach drogi, zielone połacie lasów i potężne, białe łosie malowane
bezpośrednio na asfalcie (notabene wizerunek łosia umieszczony na szosie to
początek skojarzeń: kiedyś był sobie łoś, potem ktoś go ukatrupił, Coroner
obrysował jego kontur, a znudzone dzieciaki wypełniły ten kontur farbą).
Do Turku dojeżdżamy późnym wieczorem. Miasto świętuje 700-lecie swojego istnienia,
ale po urokach starego miasta w Tallinie nie robi na nas najmniejszego wrażenia.
Centrum usytuowane jest wzdłuż rzeki Aurajoki, na brzegach której tłum zawianych
fińskich małolatów buja się w rytm muzyki techno. Atmosfera jak na
koncercie lub tuż po nim. Całe miasto śpiewa z nami, całe miasto pije z nami...
Jakby tego było mało po drugiej stronie mostu, tuż nad rzeką, co jakiś czas mniej
lub bardziej wstawiony mieszkaniec Turku daje się namówić na to, żeby skoczyć na
bungee z kontenera zawieszonego wysoko na wysięgniku dźwigu. Drepczemy to tu, to tam.
W końcu wracamy do samochodu. Turku to nie był dobry wybór. Może z Helsinek trzeba
było pojechać na wschód lub północ? Może... W każdym razie podróż na zachód z
całą stanowczością odradzamy.
Rano tankujemy na pierwszej lepszej stacji. W tym miejscu za benzynę trzeba
zapłacić 1,15 euro za litr. Z dużej drewnianej chaty należącej do właściciela stacji
roznosi się zapach kawy i drożdżówek. W środku atmosfera jest tak przyjemna, że
aż chce się zostać. Nie ma siły - trzeba jechać dalej. Nadal pada (zaczęło
poprzedniego wieczora). Pocieszamy się, że nie jest to ogólna przypadłość aury w
całej Skandynawii. To, co dzieje się w tym miejscu, prawdopodobnie zależy od jego
specyfiki, tj. ogromnych połaci lasów.
Po jakiejś godzinie niemrawe siąpanie z nieba zamienia się w prawdziwą ulewę.
Szukamy parkingu, aby odpalić nasz ukochany kocherek i napić się kawy ze zwarzoną
śmietanką, a także herbaty pachnącej metalowym kubkiem made in India. Na trasie
Turku - Tampere - Jyväskyla nie ma zbyt dużo parkingów z prawdziwego
zdarzenia. Na szczęście trafiamy na taki z chatką do grillowania (przynajmniej
nie kapie na nos) i z drążkami do podciągania się. Obok drążków znajduje się
instrukcja, co trzeba zrobić, żeby zrzucić zbędne kilogramy nabyte w trakcie
postoju na parkingu. Jedziemy dalej. Uważnie obserwujemy obie strony drogi, aby
przyjrzeć się miejscowym motelom i campingom. Jednych i drugich jak na
lekarstwo, być może dlatego, że w Finlandii, podobnie jak i w całej Skandynawii,
obowiązuje Allemannsretten, czyli niepisane prawo mówiące, że każdy człowiek ma prawo do kontaktu z naturą.
Istnieje więc możliwość rozbijania namiotu praktycznie w każdym miejscu pod warunkiem, ze nie narusza to niczyjej prywatności.
Droga wiedzie do Jyväskyla. Mkniemy jak strzała,
bo warunki jazdy są znakomite. O ile w krajach nadbałtyckich robienie notatek
graniczyło z cudem (trzęsło, jakby podczepiono mnie do pasa zwalczającego
cellulitis), o tyle w Finlandii długopis prawie nie drgał (jechało się jak po
masełku). Za oknami dość monotonny widok - lasy, lasy i jeszcze raz lasy, w
przeważającej części brzozowe i sosnowe (stąd jasne skandynawskie mebelki) i
zero jakiejkolwiek zwierzyny, za wyjątkiem jednego żywego łosia i 150 łosi na
znakach drogowych. Między tym lasami rozciągają się jeziora (pewnie ładne, ale
nie widać ich, bo pada i szyby są paskudnie zaparowane). Poza tym od czasu do
czasu wyrastają mniejsze lub większe miasta.
Przed Jyväskyla niebo się wypogadza. Miasteczko jest dość nowoczesne. Dominują w
nim metalowo-szklane budynki, a stacja kolejowa pęka w szwach od wagonów
wypełnionych po brzegi drewnianymi belkami. Postanawiamy zatrzymać się na pierwszym
napotkanym campingu. Jest przyjemny, z drewnianymi domkami usytuowanymi na brzegu
jeziora, sauną, pomostem i przycumowanymi do niego łódkami. Ładny, schludny, ale
nigdy w życiu nie chcielibyśmy spędzić w tym miejscu dwóch tygodni (trochę nudno i
komary żrą jak opętane). Po dwóch godzinach ruszamy dalej. Coraz częściej
pojawiają się znaki ostrzegające przed łosiami i informacją o zalecanej prędkości
(wygląda to tak: wizerunek łosia, a pod nim napis np. 80 km/h, czyli
w okolicy grasują łosie przemieszczające się z prędkością wskazaną
na tabliczce).
Przed Oulu licznik bije nam 2 tys. km. Późnym wieczorem dojeżdżamy do Rovaniemi,
administracyjnej stolicy Laponii. Przedmieście pod względem zabudowy podobne jest
do norweskich miasteczek: czerwone chatki, wygładzone trawniki, stylizowane ławki,
a zamiast niemieckich krasnali - fińskie niedźwiadki. Centrum miasta jest już w
zupełnie innym stylu. Nowoczesne, z niską, przeszkloną zabudową.
Na chwilę zatrzymujemy się przy Arktikum - muzeum z ekspozycją dotyczącą arktycznej
flory i fauny oraz kultury Lapończyków. Ponoć w budynku tym największe wrażenie
robi szklany tunel ciągnący się pod pobliską rzeką Ounasjoki. Idziemy też do
fabryki noży Marttiini, mieszczącej się naprzeciw Arktikum, gdzie Adam upewnia
się w mocnym postanowieniu, że nie wróci do domu bez fińskiego noża.
8 km za Rovaniemi przebiega równoleżnik koła podbiegunowego. W tym miejscu
znajduje się też wioska św. Mikołaja. Przejście przez koło podbiegunowe zaznaczone
jest białą, szeroką linią. Centrum wioski to ogromny plac, przy którym wzniesiono
biuro św. Mikołaja. Jest to drewniany budynek kryty zieloną dachówką, zwieńczony
wysoką, czterograniastą wieżą, na której widnieje ogromne oblicze dobrotliwego
Dziadka Mroza.
Wokół placu mnóstwo sklepików z pamiątkami i różnymi różnościami. Wszystko otwarte
do 19.00, a my dotarliśmy po 22.00. O tej godzinie już tylko pomocnice św. Mikołaja,
tj. pokaźne kobity w długich, kilkuwarstwowych spódnicach ozdobionych białym,
haftowanym fartuszkiem, dzwonią do domu, że zostaną tu na noc lub z braku innego
zajęcia dziergają na drutach. Plac okupują skate'owcy uprawiający ekwilibrystykę
na deskorolkach. Zastanawiamy się, czy warto zostać tu do rana, aby zobaczyć
wyspanego świętego. Jednak rezygnujemy z tej przyjemności i jedziemy dalej.
Tereny położone poza kołem podbiegunowym w zasadzie niczym nie różnią się od
tych, które przemierzaliśmy wcześniej. Nadal króluje rozbuchana, wiosenna zieleń.
Po kilku minutach jazdy obok drogi pojawia się pierwszy renifer,
niestety na sznurku, jako atrakcja miejscowego motelu. Zatrzymujemy się nad rzeką
Raudanjoki. Adam zarzuca wędkę i po chwili wyciąga szczupaka (w ciągu kilku minut złowił
2 szczupaki i jednego dużego okonia). Rybki szczęśliwie wróciły do wody.
Na drugi dzień budzi nas słońce (niemożliwe!). W końcu jest ciepło, a promienie
słoneczne migają w nurcie rzeki. Po niebie chodzą kłębiaste chmury. Ruszamy i
tuż za pierwszym zakrętem wyskakują na nas renifery. Przez chwilę zastygają w
bezruchu, a potem powoli suną środkiem drogi. Trąbimy na nie, od niechcenia
przyspieszają i dopiero po dłuższej chwili zaczynają biec w oślim tempie, śmiesznie
wywijając nóżkami i machając "króliczymi" ogonkami. Jeszcze przez jakiś czas ich
duże racice na chudych nóżkach i białe kupry migają nam między drzewami.
W słońcu wszystko wygląda inaczej, po prostu chce się żyć! Na horyzoncie, prócz
znanych nam już brzóz i sosen, pojawiają się też topole i świerki. Dzieki temu
zieleń nabiera nowych odcieni.
Po drodze mijamy lapoński sklepik z pamiątkami, gdzie na miejscu można się również
napić kawy lub herbaty. Tuż zaraz zaczyna się raj dla ptasiarzy. Podobno w okolicy
znajduje się wiele rzadkich gatunków ptaków. Podobno..., bo ptaków nie widzieliśmy,
za to ptasiarzy tak i to nawet pokaźną gromadkę. Kręcili się po okolicy z potężnymi
lunetami lub lornetkami i zachowywali się tak, jakby naprawdę te ptaki widzieli.
Za krainą pierzoków rozciąga się kraina psów, a ściślej, dość okazała posiadłość,
w której hoduje się husky. O ile świat ptaków mignął nam niespodziewanie, o tyle
Husky Farm nie pozostał nam obojętny. A to za sprawą fetoru, który unosi się nad
całą okolicą. Ale, co tam zapach! Czego się nie robi, żeby choć przez chwilę
popatrzeć w te cudne, błękitne psie patrzałki. Dla rasowych husky
wydzielono jedną zagrodę. Pozostałe trzy place zamieszkane są przez skundlone
osobniki lub kundle. Każdy pies ma prywatną budę z wyrytym na niej swoim imieniem,
prywatną miskę na żarcie i puszkę na picie, a także prywatny łańcuch długi na
kilka łokci. Wszystkie drą się w niebogłosy, skowyczą, wyją i ciskają się w
obrębie własnej budy. Kiedy już któryś zamknie pysk, to i tak nie popuści
przyjezdnym - wpatruje się w nich tym swoim przenikliwym wzrokiem, jakby uprawiał
jakieś czary-mary w stylu voodoo.
Wracamy do samochodu i kierujemy się na Ivalo i Inari. Za Ivalo zatrzymujemy się
na postój nad ogromnym jeziorem Inari. Woda w tym miejscu jest tak czysta, że aż
można się w niej przejrzeć. Słoneczko grzeje, a głazy leżące tuż przy brzegu
zachęcają do odpoczynku. Przysiadamy, a potem ruszamy w stronę jeziora Pielpa,
gdzie na zupełnym odludziu znajduje się malowniczy kościółek, a zarazem
święte miejsce Lapończyków. Aby dotrzeć do niego trzeba tuż za Inari skręcić w
prawo. Jeśli jest się pieszo, należy przejść ok. 7,5 km, jeśli samochodem -
można podjechać jeszcze 3 km i zaparkować w wyznaczonym miejscu. Ostatnie 4,5 km
trzeba pokonać na nogach. Droga wiedzie między starymi, rachitycznymi sosnami i
głazami narzutowymi pokrytymi mchem i porostami. Porosty są czerwone lub zielone.
Pokrywają niemal całą powierzchnię kamieni, układając się w zamszowe spirale albo
liście soczystej sałaty. Po 1,5 godzinie marszu docieramy do niewielkiego, owalnego
jeziora, do którego wpływa mały, wesoło szemrzący strumień. Wody potoku
przelewają się przez kamienie i kawałki zmurszałych pniaków. Ląd głęboko wrzyna
się w taflę jeziora i miejscami przypomina miękki perski dywan. Chodząc po tym
dywanie, można zapaść się po kostki w krzaki jałowców i jagód. Woda w jeziorze i
strumyku jest krystalicznie czysta. Adam gania po okolicy z aparatem, ja
odpoczywam, powtarzając sobie w duchu, iż dobrze, że są jeszcze takie miejsca
na świecie. Po chwili ciszę przerywa szczebiot rozchichotanych Finek. Ochoczo
myją ręce w wodzie i głośno opowiadają sobie o tym, co w danej chwili jest dla
nich najważniejsze. Ruszamy dalej, przez kładki przerzucone przez rzeczki i
grzęzawiska, po stokach obsypanych kamieniami, między wystającymi z ziemi
korzeniami. Szlak jest bardzo dobrze oznaczony, więc bez trudu trafiamy na
ogromną trawiastą polanę, w głębi której przycupnął niewielki kościółek.
Niemal cały zbudowny jest z ciemnobrązowych desek, jedynie dzwonnica i
okalający go płotek są buraczkowoczerwone. W środku znajdujemy niewiele,
zaledwie ołtarz z otwartą Biblią, dwie ambony, chór i kilka rzędów ławek.
Tą samą drogą wracamy na parking, a potem do Inari, bo to jedyna okazja, żeby
w końcu nabyć drogą kupna cudowny, niepowtarzalny nożyk do filetowania ryb firmy
Marttiini (który z panów przeszedł by obok niego obojętnie?). W końcu go mamy.
Trzeba było zapłacić za niego 16 euro, ale czego się nie robi dla dobra sprawy.
Ostatni odcinek fińskiej drogi, między Inari a Näätämö (rany, jak to się czyta?!)
jest niezwykle malowniczy. Wzdłuż drogi ciągną się mniejsze i większe jeziora,
poprzedzielane głazowiskami, ozdobione karłowatymi brzózkami i stadami
pociesznych reniferów.
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik