Po południu jedziemy do Vardø. Po drodze, za oknami miga nam księżycowy
krajobraz: góry gdzieniegdzie pokryte śnieżnymi łatami i naga, buroczerwona
ziemia. Im bliżej Vardø, tym więcej krzewinek, potem traw, a na koniec
owiec i reniferów. Te ostatnie wyglądają dosyć podejrzanie, jakby były krzyżówką
rasowej owcy z rasowym reniferem. Mijamy niewielkie miejscowości, zazwyczaj
składające się z kilkunastu domostw. Licznik bije 3 tys. km, a Vardø jak nie
widać, tak nie widać. W końcu jest! Dość duże, położone na wyspie, na którą można
dostać się dzięki 3-kilometrowemu tunelowi, biegnącemu pod powierzchnią morza.
Kiedy wyjeżdża się z tego tunelu, na miejscu zastaje się kilka krzyżujących się
ulic, mnóstwo kolorowych domów i 3 charakterystyczne, szare kule na wzgórzu.
Kule to budynki mieszczące się na terenie bazy wojskowej. Konkuruje z nimi wysoka
wieża nowoczesnego kościoła usytuowanego w samym sercu miasteczka. Jedziemy do
hotelu, w którym znajduje się punkt informacji turystycznej. Sympatyczny gość
daje nam adres prywatnej kwatery, a przy okazji dowiadujemy się, że na wyspę
Hornøya, gdzie siedzą najpiękniejsze w świecie maskonury, dopływa się
stateczkiem, który codziennie o 9.00 rano odpływa z portu. Warunki mieszkaniowe
mamy trochę gorsze niż w Vestre Jakobselv, a cena jest nieznacznie wyższa -
350 koron za pokój.
Wieczorem, choć pada, wyruszamy na rekonesans po mieście. Klimaty jak z bajki o
rybaku i złotej rybce. Na brzegu morza, między domami i niewielkimi przetwórniami
ryb, leży tona gratów, dodajmy ludzkich gratów, które Ocean Arktyczny zwrócił
człowiekowi. Można tu znaleźć wszystko, zaczynając od resztek żarcia i drzwi od
lodówki, a skończywszy na telefonie komórkowym Motorola. Główną ulicą miasteczka
raz po raz przejeżdża ten sam samochód z przyciemnianymi szybami, z którego
roznosi się donośne umcyk-umcyk-umcyk. Taka jazda to jedna z nielicznych,
rozrywek miejscowych wyrostków.
Pada coraz bardziej, ale wciąż jest widno i może dlatego nie chce się w ogóle
spać. Pod pierzyną lądujemy dopiero grubo po 24.00.
Nazajutrz telefon zawył o 7.00, bo to miał być dzień wyprawy na ptaki. Ale jak
tu je oglądać, kiedy cały świat spowijają chmury i wciąż pada. Szybka decyzja -
zostajemy, wysypiamy się, a na Hornøya popłyniemy następnego dnia. Po 10.00
niewiele się zmieniło w kwestii pogody. Leje jak z cebra i wieje, jakby się ktoś
powiesił. Mimo to wsiadamy do samochodu i zaczynamy trochę bezcelowe kręcenie
się po okolicy. Najpierw lądujemy na rogatkach miasta. Wędrujemy po wąskim
nabrzeżu, gdzie między kamieniami walają się szczątki roślin morskich.
Najładniejsze są długie jęzory i roślinki w kształcie liści palmowych. Choć
temperatura nie przekracza czterech kresek powyżej zera, ochoczo wywijamy
palmowymi chaszczami, śmiejąc się, że właśnie fundujemy sobie prywatne Hawaje.
Potem jedziemy na północną stronę Vardø, gdzie możemy podziwiać typowy
krajobraz norweski - ostre skały, o które rozbijają się wzburzone fale morskie,
a w oddali ośnieżone stoki gór. Na zmianę leje lub siąpi. Adam odkrywa nową
funkcję osłony przeciwsłonecznej do obiektywu, która w tych warunkach dokonale
chroni przed deszczem. Upieram się, żeby wrócić do pokoju i choć przez chwilę
odtajać. Ja zostaję, a Adam bierze wędkę i idzie do portu z nadzieją na niezły
połów. Wraca po kilku godzinach, co prawda bez ryb, ale z radosną wiadomością,
że widział fokę szarą.
Pod wieczór przejaśnia się, a na horyzoncie pojawiają się pierwsze niemrawe
przebłyski słońca. Wędrujemy do miejscowej twierdzy, uchodzącej za najstarszą
twierdzę świata (pierwsze fortyfikacje w tym miejscu wzniesiono w XIV w.,
obecne umocnienia pochodzą z I poł. XVIII w.), po dziś dzień użytkowaną przez
norweską marynarkę wojenną.
Aby wejść na teren twierdzy, trzeba wrzucić 20 koron do ogromnej skarbonki
zrobionej z miny. Forteca zbudowana jest na planie ośmioramiennej gwiazdy, co
widać zwłaszcza na zdjęciach robionych z lotu ptaka. W obrębie murów mieści się
muzeum, kilka armat i resturacja. Chodzimy, zaglądamy to tu, to tam, aż w końcu
zmęczeni i znudzeni ciągłym wypatrywaniem jasnych plam na niebie, wracamy do domu.
Rano budzi nas słońce. Za oknem najprawdziwsze, bezchmurne lato! Przed 9.00
stawiamy się w porcie i grzecznie czekamy na statek, który zabierze nas na
Hornøya. Prócz nas kręci się jeszcze niewielka grupa amatorów ptaków.
Punktualnie o 9.00 docierają następni, w przeważającej części Niemcy w
podeszłym wieku. Robi się profesjonalnie. Rewelacyjne zielono-brązowe stroje,
super-hiper lunety i lornetki. W ślad za profesjonalizmem kroczy snobizm.
Na ptasią wyspę zabieramy się dopiero za trzecim razem, ponieważ każda z grup
ptasiarzy chce płynąć oddzielnie. W oczekiwaniu na swoją kolejkę łazimy po
porcie, który w słońcu wygląda zupełnie inaczej niż w strugach deszczu.
W końcu wsiadamy na statek. Za podróż trwającą niecałe 10 minut, musimy
zapłacić 175 koron od osoby. Umawiamy się z przewoźnikiem, że przypłynie po
nas o 15.00.
Wyspę widać i czuć już z daleka. Kiedy podpływamy do niej, skały aż dudnią od
świergolenia. Ptasi wrzask utrzymuje się w różnych rejestrach i w różnym
natężeniu. Najlepiej patrzeć, ale nie słuchać, a w każdym razie nie zastanawiać się
nad tym, co się słyszy. Po wyspie można poruszać się tylko wąskim, wyznaczonym
szlakiem i lepiej nie ryzkować skoku w bok, bo z całą pewnością, któryś z
nawiedzonych ptasiarzy powie kilka średnio miłych słów pod twoim adresem lub,
co gorsza, jakiś rozwścieczony ptak narobi ci na głowę.
Ze wszystkich ptaków żyjących na wyspie, a jest ich tam ok. 40 - 50 tys. par,
najbardziej podobały nam się maskonury. Są to średniej wielkości ptaszki, które
kolorem upierzenia, posturą i sposobem poruszania się przypominają pingwiny.
Ich paskowane, czerwono-żółto-pomarańczowe dzioby widać już z daleka. W
przeciwieństwie do innych ptaków są mało płochliwe. W locie wyglądają jak
zwęglone paszteciki z dosztukowanymi czerwonymi nóżkami i parą przykrótkich
skrzydełek, którymi machają bez opamiętania, jakby bały się, że gdy przestaną,
to spadną do morza.
Piekne są też czarne alki i kormorany gulgoczące gniewnie.
Na końcu szlaku stoi śnieżnobiała latarnia morska, zwieńczona czerwonym dachem.
Dalej nie ma już nic. Wracamy do małego, drewnianego trapu, bo w tym miejscu
siedzi najwięcej ptaszorów. Na moment przysiadam na skałach i to wystarczy, żeby zasnąć.
Na wyspie zostajemy do 15.00, a potem wracamy czymś, co przypomina zarazem
motorówkę jak i ponton.
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik