Przez dłuższą chwilę kręcimy się po Vardø, po czym wsiadamy do samochodu i
kierujemy się na miejscowość Hamningberg. W odniesieniu do Hamningberga nawet
określenie miejscowość jest trochę na wyrost, bo tak naprawdę Hamningberg to zaledwie
kilka pastelowych domów przyklejonych do wzgórza, w których życie budzi się
dopiero latem, kiedy do domostw powracają właściciele zazwyczaj mieszkający
gdzieś bliżej Vardø.
Po drodze widoki, od których może zakręcić się w głowie. Strzeliste, ostro
skierowane ku niebu góry, rwące potoki wpadające do morza, duże połacie śniegu.
To tu właśnie mignął nam napiękniejszy okaz renifera - dostojny zwierz z
potężnym, rozłożystym porożem. Wszystko utrzymane w kolorystyce
rudo-zielono-brązowej i pustka, chyba podobna do tej, która nocami panuje w
amerykańskich kanionach.
Na obiad zatrzymujemy się na terenie niewielkiego rezerwatu. W tym miejscu
chroni się wydmy wraz z porastającą je roślinnością (rzadkość w Norwegii).
Grzebię w torbie w poszukiwaniu klopsów w sosie koperkowym. Tym czasem mój
małżonek pospiesznie ściąga portki i nie zważając na temperaturę wody (4 °C!!!),
wpada wesoło do morza (bo przecież mamy wakacje, a to jedyna okazja, żeby
zanurzyć się w innej wodzie niż kranówka).
Po godzinie dojeżdżamy do Hamningberga. W promieniach wieczornego słońca
spacerujemy po betonowym molo. Przez moment zastanawiamy się, czy nie zostać w
tym miejscu na noc, ale rezygnujemy z powodu zmiany pogody. Wracamy w stronę
Vadsø i Vestre Jakobselv. Nad morzem zbierają się chmury burzowe.
Raz pada, raz świeci słońce. Horyzont przecina pojedyncze ramię tęczy. Światło
odbija się od powierzchni fal i tworzy dziwną poświatę, jakby ta biała świetlna
ściana pochodziła z głębin morskich.
Późnym wieczorem dojeżdżamy do Vestre Jakobselv. Adam idzie na ryby - i znów to
samo - co rzut, to branie (w sumie 30 dorszy i 1 czarniak). Przyglądam się dwóm
ostrogojadom smętnie kręcącym się po brzegu. Słońce chyli się ku horyzontowi,
ale znów nie zachodzi, choć na zegarze 24.00.
Następnego dnia budzimy się około 9.00. Dwa ostrogojady nadal kręcą się po
okolicy, a ściślej kręci się jeden, zaś drugi siedzi w piachu i na moje nieśmiałe
sygnały zawarcia bliższej znajomości reaguje nerwowym tupaniem po brzegu.
Chłodno, nad morzem i lądem wiszą ciężkie chmury. Dziś jedziemy do Gamvika,
miasteczka leżącego na płw. Nordkyn.
Najpierw jednak przemierzamy do końca
płw. Varanger, który w centrum i na zachodzie jest aż do przesady zielony,
podczas gdy na wschodzie straszy gołymi kikutami drzew. Za oknami przesuwają
się widoki, do których po mału zaczynamy przywykać, jak choćby plaże obsypane
potężnymi kamieniami - efekt ustąpienia fal morskich.
Niemal każdy samochód wlecze się jak żółw, rozwijając zabójczą prędkość 50 -
60 km/h. Często za kierownicą pojawiają się kobiece łebki, pewnie to jedna z
dwóch okazji, kiedy mąż pozwala im poprowadzić samochód (druga to impreza
zakrapiana alkoholem).
Dojeżdżamy do Tana bro leżącego nad rzeką Tana słynącą z licznych łososi. W
zeszłym roku była gęsto obstawiona wędkarzami, w tym roku między krzakami udało
nam się wypatrzeć co najwyżej dwóch facetów w gumiakach.
W sklepie z gustowną lapońską biżuterią, porcelaną, wyrobami ze szkła, metalu i
drewna Adam kupuje sobie kolejny tasak - najprawdziwszy w świecie nóż lapoński
zrobiony w Karasjoku.
Na niebie przepychanka - raz słońce goni chmury, innym razem chmury zostają w
tyle za słońcem. Odcinek między Tana bro a Ifjordem może na długo zapaść w
pamięć. Droga kręci się i wije między górami, fiordami i oczkami jezior. Na
horyzoncie ciemną plamą odcinają się wysokie stoki, gdzieniegdzie poprzetykane
plamami śniegu. Najchłodniej jest wysoko w górach, gdzie oprócz czerwonych skał
można podziwiać jedynie rozłożyste krzewinki i niskie bazie. Potem już zaczyna
się bura pustynia, przysypana tysiącem kamieni, a w niektórych miejscach nawet
skuta lodem. Ten fragment trasy jest niezwykle malowniczy, ale i niebezpieczny,
jeśli w baku ma się niewiele benzyny. Koniecznie trzeba zatankować w Tana bro,
bo następna stacja z prawdziwego zdarzenia znajduje się dopiero w Lakselv, tj.
około 100 km dalej.
W Ifjord skręcamy w prawo na Mehamn. Początkowo otacza nas rozbuchana zieleń i
czarują nas niewielkie wyspy, zanurzone w wodach fiordu. Potem zewsząd atakują
nas szarości i brązy, a także przejmujące zimno. Zmęczenie wychodzi na każdym
kroku i coraz częściej marzy się o ciepłym, przytulnym łóżku. W końcu dojeżdżamy
do Mehamn. Miasteczko zaskakuje swoimi rozmiarami - zanim dotarliśmy do niego
przez wiele kilometrów nie było żadnych oznak życia, a teraz nagle wyrosła przed
nami całkiem spora osada z lotniskiem, kościołem i szkołą, do której przylega
boisko z równiutko przyciętą jasnozieloną trawą. W centrum Mehamn skręcamy w
prawo i jeszcze 20 km pniemy się w górę do Gamvika.
Gamvik jest znacznie mniejszy i bardziej prowincjonalny niż Mehamn. Zgodnie ze
strzałkami, kierujemy się do campingu pod nazwą Camp 71'05°N. Leży on 0,5 km za
miasteczkiem, w pobliżu latarni morskiej w Slettnes. Na pierwszy rzut oka w ogóle
nie przypomina campingu. W środku posesji znajduje się duży, biały dom należący
do właściciela. Przylega do niego betonowy plac, przeznaczony dla samochodów
turystycznych. Gdzieś z tyłu przycupnęły trzy lub cztery domki. Dzwonimy do
drzwi. Otwiera nam niezwykle żwawy facet, który za mały hytter chce zainkasować
400 koron, a za pokój dwuosobowy - 250 koron. Skoro mamy tu zostać na jedną noc,
to decydujemy się na pokój. Wąskimi schodami wspinamy się na pięterko, gdzie w
maleńkim pomieszczeniu stoi ogromne, małżeńskie łoże, a w kącie, na szafce,
siedzi czerwony, pluszowy miś. Szybki prysznic i wskakujemy do wyrka. Próbuję
zasnąć, jednak na próżno. Adam pochrapuje cichutko i nawet jego spokojny oddech
nie jest w stanie mnie ukołysać. A wszystko za sprawą tego, co dzieje się na
parterze. A dzieje się sporo. Żwawy facet we wszelkich możliwych językach
uprawia konwersację z nowo przybyłymi turystami. Kiedy turystów nie staje,
zaczyna gawędzić z młodym dalmatyńczykiem, którego nazywa swoim friendem. Z
czasem pies ma dosyć dziwnego gaworzenia swojego właściciela i wówczas słuchaczką
zostaje żona staruszka. Zwłaszcza ta ostatnia pogawędka daje mi się ostro we
znaki. Głos pani to istna serenada na piłę mechaniczną i maszynę do cięcia
drewna. Na górę docierają płaskie, gardłowe dźwięki będące mieszaniną chińskiego
i miauczenia kota. Pan też jest całkiem niezły, bo dudni jak lokomotywa w
tunelu. Każde wypowiedziane na dole słowo odbija się od ścian i pulsuje mi w
głowie. Dodatkową atrakcją są drzwi wejściowe - wystarczy je zamknąć, a cały
dom trzęsie się w posadach. Męczę się jak mało kiedy, a Adam śpi w najlepsze.
Wyglądam przez okno - na pobliskiej polanie leży biały kamień, a na nim bukiet
plastikowych kwiatów, zapewne nagrobek poprzedniego doga - frienda.
Po południu walczę z kuchenką, na której za Chiny nie mogę zagotować wody.
Potem poluję na wolne miejsce w łazience, a jeszcze później wysłuchuję uwag
upierdliwego właściciela. Późnym wieczorem staram się zasnąć przy dźwiękach
rozkręconego na cały regulator telewizora i pokrzykiwaniach gospodarza, który
właśnie ma ochotę pokibicować norweskiej drużynie piłkarskiej.
Rano boję się pójść do łazienki, bo jeszcze spotkam starucha i znowu usłyszę
coś przyjemnego pod swoim adresem. Kiedy już pokonuję nieśmiałość, okazuje się,
że kibelek okupują wszyscy mieszkańcy domków i właściciele przyczep. Rezygnujemy
nawet z okazji zjedzenia śniadania w tym uroczym miejscu. Pospiesznie ewakuujemy
się (morał: omijajcie ten przybytek szerokim łukiem).
Jedziemy do Slettnes i do pobliskiego rezerwatu ptaków. Po urokach
Ekkerøy i Hornøya, gdzie ptaszyska same pchały się przed obiektyw,
rezerwat obok Gamvika wygląda jak wymarła pustynia. Ptaków ani widu, ani słychu,
za wyjątkiem jednego wydrzyka, który "złapał się" na okruchy chleba. Za to
renifery obrodziły i na dodatek okazały się skore do pozowania.
Wracając, zahaczamy o latarnię Slettnes, białą w szerokie czerwone pasy,
otoczoną wianuszkiem białych domków i rządkiem równiutkich alejek. Jest to
najdalej na północ wysunięta latarnia morska w Europie. Leżąc na 71°N, znajduje
się w tym samym miejscu co północne krańce Alaski. Na szczęście dzięki
przepływającym tędy ciepłym prądom morskim, klimat jest tutaj łagodniejszy niż
na Alasce czy Syberii. Mimo to tego dnia wieje i mrozi jak na prawdziwej syberiadzie.
Wracamy do samochodu. Kierunek Ifjord, Alta, a potem Lofoty. Przejeżdżamy
przez "centrum" Gamvika - jeden sklep, rozwalony dystrybutor z benzyną,
biały kościół na wzgórzu i grupka dzieciaków bawiących się na starym buldorzeże
i zdezelowanej koparce.
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik