Adam Ławnik - krajobrazy, fotografia przyrodnicza


Skandynawia - relacje z podróży, zdjęcia

W drodze na Lofoty

Kiedy opuszczamy płw. Nordkyn, nagle robi się ciepło, chwilami wręcz upalnie. Zrzucamy z siebie tony ciuchów, podskakując radośnie z okazji jednego z nielicznych prawdziwie wakacyjnych dni.
Tankujemy w Lakselv, gdzie tuż obok siebie znajdują się aż trzy stacje benzynowe. Tu też wcinamy pyszne lody w kształcie rybackich kutrów.
Rzut beretem od Lakselv znajduje się park narodowy Stabbursdalen. Odwiedzamy zarząd parku, a zarazem punkt informacyjny, gdzie można dostać ulotki na temat park narodowy Stabbursdalen wszystkich norweskich parków narodowych, a także kupić przedmioty, które kojarzą się z Laponią i jej mieszkańcami. W porównaniu z tym, co widzieliśmy w namiotach i chatkach Lapończyków pamiątki z tego miejsca są prawdziwym cudeńkiem. Sympatyczna dziewczyna tłumaczy nam, jak dotrzeć do samego serca parku. Musimy cofnąć się 2 km i skręcić w boczną, piaszczystą drogę. Kiedy już odnajdujemy ją, okazuje się, że przed nami 6-kilometrowy odcinek niemiłosiernie podrzucających wybojów. Dróżka raz wije się, innym razem prostuje, ale konsekwentnie prowadzi w głąb lasu. Po kilku minutach docieramy do sporego parkingu. I tu zdziwienie, niemal wszystkie miejsca są zajęte. Otwieramy bramę (tak, tak, park jest otoczony siatką i wchodzi się do niego przez wierzeje zamykane na skobel), schodzimy nad rzekę. Naprzeciw nam wybiega kudłaty psiak. Zaraz też wyjaśnia się zagadka przepełnionego parkingu - zarówno miejscowi, jak i turyści przyjeżdżają tu na ryby. Przez jakiś czas kręcimy się po okolicy. Woda zaskakuje swoją krystaliczną przejrzystością. Jest lodowata, rwąca, spieniona. W lesie, niemal na każdym kroku, można zobaczyć drzewa, które nigdzie wcześniej nie pojawiały się, np. jodły, świerki i karłowate sosny. Stopy zapadają się w miękkim poszyciu lub zahaczają o korzenie drzew poskręcane wokół wielgaśnych kamieni. I wszystko byłoby bajkowo piękne, gdyby nie tabuny komarów, które wcinają wszystko, co popadnie i nie odpuszczają nawet na chwilę.

Po godzinie ruszamy dalej. Mijamy domek, przy którym na długich palach w wodzie umocowano skrzyneczki dla mew, które kiedyś, zanim wybudowano drogę, miały tu swoje gniazda. Mniej więcej po 40 minutach dojeżdżamy do Russens, niewielkiej miejscowości, w której odbija się na pożądany przez wszystkich Nordkapp. Podobnie jak w zeszłym roku zwiedzanie Nordkappu zaczynamy i kończymy w sklepiku z pamiątkami. Po długich chwilach dramatycznego uganiania się między półkami zawalonymi gadżetami, z radością wygrzebujemy breloczek do kluczy z wizerunkiem łosia i pragniemy, aby on i tylko on, pojechał z nami do domu. To tyle, jeśli chodzi o Nordkapp. Nie skusiliśmy się, żeby pojechać dalej i nie żałujemy. Z uporem maniaka będziemy twierdzić, że jest to miejsce urodą ustępujące zakątkom, które widzieliśmy na Varangerze. Jedyną jego wątpliwą zaletą jest to, że zostało wystarczająco rozreklamowane na całym świecie i w związku z tym, co roku, całe tabuny turystów udają się tu jak do Mekki, w poszukiwaniu mosiężnego globusa, na tle którego można sobie cyknąć pamiątkowe zdjęcie.

Zaopatrzeni w breloczek ruszamy do Alty. Licznik bije 4000 km. Tuż przed Altą nagłe ożywienie - przed nami czerwony opel z polską rejestracją. Kręcę się na siedzeniu i macham łapami jak wiatrak, chcąc zwrócić na siebie uwagę choćby pasażerów z tylnego siedzenia. Niestety nie reagują, jadą dalej. Ponieważ po obiadowej fasolce suszy nas jak sto diabłów, zatrzymujemy się na przydrożnym parkingu, aby ugasić pragnienie. I nagle cud! Samochód z polskim łepkami powrócił! Ze środka wyskakuje dwóch sympatycznych facetów, a zaraz za nimi gramolą się ich dziewczyny. Jeden z panów, ślicznie opalony (ale chyba nie w Norwegii, a jeśli tak, to proszę o namiary na przyszłość), zaczyna opowiadać, że właśnie wracają z Nordkappu, a wcześniej byli w Szwecji i Finlandii. Wszystko im się podoba - krajobraz, możliwość rozbijania się gdziekolwiek, ciepła woda na ogólnie dostępnych parkingach i tylko ceny spędzają im sen z oczu. Śmieje się, że kolega zabrał ze sobą latarkę, nastawiając się, że będzie czytał po nocach (jakich nocach?!). Pyta, czy próbowaliśmy sprzedać lub zamienić alkohol. Ależ skądże znowu! Wystarczy, że raz tak zrobiliśmy, a potem już tylko musieliśmy się objeść widokiem reniferowej skóry. Przestrzegają nas przed policją, bo ponoć przed Nordkappem jakiś stójkowy z radarem w łapkach zaczaił się na krążowniki szos. Na mapie pokazują nam, dokąd zamierzają dojechać.
Miło się gawędzi, ale trzeba ruszać dalej, bo poźno, a przed nami jeszcze długa droga. Po północy robi się niesamowicie. Miodowozłote słońce schowane za chmurami, delikatną poświatą otula góry i odbija się od wód fiordu. Ciemne chmury, szerokim pasem odcinają się od reszty nieba. Mijamy niewielką miejscowość, gdzie dwaj faceci człapią po polu z wykrywaczami metalu w rękach. Potem co i rusz migają nam samotne renifery (czyżby liczyły na podwózkę?). Koło 2.00 Gildetun dojeżdżamy do znanego nam już z poprzedniej wyprawy Gildetun. Mam wrażenie, że przez ten rok dostawili jeszcze więcej domków dla turystów, ale podobno się mylę. Nic już nie wiem, zmęczona, bez trudu zsypiam.

Budzi mnie słońce, które grzeje niemiłosiernie. Z trudem oddycham, szczelnie zapakowana w śpiwór i dwa polary. Stopniowo pozbywam się wszystkich ciepłych rzeczy, ale niewiele to daje. Na zegarze 9.00. Zerkam przez okno - zaparkowaliśmy w całkiem przyjemnym miejscu nad rzeką. Przed nami jeszcze ok. 400 km do Bjervkviku, miejscowości, w której droga rozwidla się na Narwik i Lofoty. Jemy śniadanie. Od strony gór napływają kłębiaste chmury. I znów zaczyna się zabawa w ciuciubabkę ze słońcem. Po jakimś czasie ruszamy. Pierwszy postój urządzamy sobie w tym samym miejscu, co w zeszłym roku, w Storslett. Mniejsze i większe statki podskakują wesoło na wodzie. W oddali kolorowe domy, feerią barw odcinają się od ciemnych skał.
Kolejny postój wypada w Havnnes, niewielkim porcie usytuowanym tuż obok drogi. Tym razem czerwone, żółte i zielone fasady domów zostają zastąpioną śnieżną bielą. Ruch na drodze zwiększa się, albowiem tędy wiedzie główny szlak do Nordkapp. Przybywa też domów i campingów (Norlandia jest bardziej zaludniona niż Finnmark). Szosa prowadzi wąskim wybrzeżem fiordu. Po jednej stronie morze, po drugiej potężne, pionowe wzgórza, z których spływają strumyki, a niekiedy dość spore wodospady. Przed Lyngseidet i Skibotn pojawiają się pierwsze tunele wydrążone w masywnych skałach. Kiedy wjeżdżamy do Skibotn, wszystko tonie w strumieniach ulewnego deszczu. Przejeżdżamy przez miasto i już na rogatkach witają nas niemrawe promienie słońca. Na termometrze 18 °C (!!!), wokół pulsuje od zieleni dorodnych paproci, smukłych brzóz i niezwykle okazałych mleczy. Zamiast znaków: uwaga renifer lub uwaga łoś, pojawiają się znaki: uwaga owca z owieczkami i uwaga krowa (przy czym mućka w wydaniu Norwegów to ciężarna krowa z porożem łosia lub renifera).

Za Nordkjosbotn widoki przestają powalać na kolana. Pędzi się i pędzi do przodu, aby jak najszybciej dojechać do drogi odbijającej na Lofoty (tam widoki znów są nietuzinkowe). Na chwilę przystajemy w Heia, gdzie stoi kilka namiotów Saamów. Jest to pierwsze miejsce w drodze na Nordkapp, gdzie można zetknąć się z Lapończykami. Pierwsze i najdroższe. Dalej można kupić podobne rzeczy o wiele taniej, a najtaniej w sklepiku, w którym kupiliśmy breloczek z łosiem (miejscowość Russenes). W Heia inkasują pieniądze nawet za noże z zardzewiałymi ostrzami i nikt nie ma żadnych obiekcji, żeby robić turystów w bambuko. Tankujemy w Setermoen, tu, jak na razie, jest najtaniej (8,93 korony). Dalej, w stronę Nordkapp, cena systematycznie rośnie, aby w końcu osiągnąć magiczną granicę 10 koron.


Ciąg dalszy:

07. Lofoty - pewnie tak musiał wyglądać raj

Wstęp
Informacje o nowościach   Mapa strony   www.AdamLawnik.pl na Facebook

Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik