Kiedy opuszczamy płw. Nordkyn, nagle robi się ciepło, chwilami wręcz upalnie.
Zrzucamy z siebie tony ciuchów, podskakując radośnie z okazji jednego z
nielicznych prawdziwie wakacyjnych dni.
Tankujemy w Lakselv, gdzie tuż obok siebie znajdują się aż trzy stacje benzynowe.
Tu też wcinamy pyszne lody w kształcie rybackich kutrów.
Rzut beretem od Lakselv znajduje się park narodowy Stabbursdalen. Odwiedzamy
zarząd parku, a zarazem punkt informacyjny, gdzie można dostać ulotki na temat
wszystkich norweskich parków narodowych, a także kupić przedmioty, które kojarzą
się z Laponią i jej mieszkańcami. W porównaniu z tym, co widzieliśmy w namiotach
i chatkach Lapończyków pamiątki z tego miejsca są prawdziwym cudeńkiem.
Sympatyczna dziewczyna tłumaczy nam, jak dotrzeć do samego serca parku. Musimy
cofnąć się 2 km i skręcić w boczną, piaszczystą drogę. Kiedy już odnajdujemy ją,
okazuje się, że przed nami 6-kilometrowy odcinek niemiłosiernie podrzucających
wybojów. Dróżka raz wije się, innym razem prostuje, ale konsekwentnie prowadzi w
głąb lasu. Po kilku minutach docieramy do sporego parkingu. I tu zdziwienie,
niemal wszystkie miejsca są zajęte. Otwieramy bramę (tak, tak, park jest otoczony
siatką i wchodzi się do niego przez wierzeje zamykane na skobel), schodzimy nad
rzekę. Naprzeciw nam wybiega kudłaty psiak. Zaraz też wyjaśnia się zagadka
przepełnionego parkingu - zarówno miejscowi, jak i turyści przyjeżdżają tu na
ryby. Przez jakiś czas kręcimy się po okolicy. Woda zaskakuje swoją krystaliczną
przejrzystością. Jest lodowata, rwąca, spieniona. W lesie, niemal na każdym
kroku, można zobaczyć drzewa, które nigdzie wcześniej nie pojawiały się, np.
jodły, świerki i karłowate sosny. Stopy zapadają się w miękkim poszyciu lub
zahaczają o korzenie drzew poskręcane wokół wielgaśnych kamieni. I wszystko
byłoby bajkowo piękne, gdyby nie tabuny komarów, które wcinają wszystko, co
popadnie i nie odpuszczają nawet na chwilę.
Po godzinie ruszamy dalej. Mijamy domek, przy którym na długich palach w wodzie
umocowano skrzyneczki dla mew, które kiedyś, zanim wybudowano drogę, miały
tu swoje gniazda. Mniej więcej po 40 minutach dojeżdżamy do Russens, niewielkiej
miejscowości, w której odbija się na pożądany przez wszystkich Nordkapp. Podobnie
jak w zeszłym roku zwiedzanie Nordkappu zaczynamy i kończymy w sklepiku z
pamiątkami. Po długich chwilach dramatycznego uganiania się między półkami
zawalonymi gadżetami, z radością wygrzebujemy breloczek do kluczy z wizerunkiem
łosia i pragniemy, aby on i tylko on, pojechał z nami do domu. To tyle,
jeśli chodzi o Nordkapp. Nie skusiliśmy się, żeby pojechać dalej i nie żałujemy.
Z uporem maniaka będziemy twierdzić, że jest to miejsce urodą ustępujące zakątkom,
które widzieliśmy na Varangerze. Jedyną jego wątpliwą zaletą jest to, że zostało
wystarczająco rozreklamowane na całym świecie i w związku z tym, co roku, całe
tabuny turystów udają się tu jak do Mekki, w poszukiwaniu mosiężnego globusa, na
tle którego można sobie cyknąć pamiątkowe zdjęcie.
Zaopatrzeni w breloczek ruszamy do Alty. Licznik bije 4000 km. Tuż przed Altą
nagłe ożywienie - przed nami czerwony opel z polską rejestracją. Kręcę się na
siedzeniu i macham łapami jak wiatrak, chcąc zwrócić na siebie uwagę choćby
pasażerów z tylnego siedzenia. Niestety nie reagują, jadą dalej. Ponieważ
po obiadowej fasolce suszy nas jak sto diabłów, zatrzymujemy się na przydrożnym
parkingu, aby ugasić pragnienie. I nagle cud! Samochód z polskim łepkami
powrócił! Ze środka wyskakuje dwóch sympatycznych facetów, a zaraz za nimi
gramolą się ich dziewczyny. Jeden z panów, ślicznie opalony (ale chyba nie w
Norwegii, a jeśli tak, to proszę o namiary na przyszłość), zaczyna opowiadać, że
właśnie wracają z Nordkappu, a wcześniej byli w Szwecji i Finlandii. Wszystko
im się podoba - krajobraz, możliwość rozbijania się gdziekolwiek, ciepła woda
na ogólnie dostępnych parkingach i tylko ceny spędzają im sen z oczu. Śmieje
się, że kolega zabrał ze sobą latarkę, nastawiając się, że będzie czytał po
nocach (jakich nocach?!). Pyta, czy próbowaliśmy sprzedać lub zamienić alkohol.
Ależ skądże znowu! Wystarczy, że raz tak zrobiliśmy, a potem już tylko musieliśmy
się objeść widokiem reniferowej skóry. Przestrzegają nas przed policją, bo ponoć
przed Nordkappem jakiś stójkowy z radarem w łapkach zaczaił się na krążowniki
szos. Na mapie pokazują nam, dokąd zamierzają dojechać.
Miło się gawędzi, ale trzeba ruszać dalej, bo poźno, a przed nami jeszcze długa
droga.
Po północy robi się niesamowicie. Miodowozłote słońce schowane za chmurami,
delikatną poświatą otula góry i odbija się od wód fiordu. Ciemne chmury,
szerokim pasem odcinają się od reszty nieba. Mijamy niewielką miejscowość,
gdzie dwaj faceci człapią po polu z wykrywaczami metalu w rękach. Potem co i
rusz migają nam samotne renifery (czyżby liczyły na podwózkę?). Koło 2.00
dojeżdżamy do znanego nam już z poprzedniej wyprawy Gildetun. Mam wrażenie, że
przez ten rok dostawili jeszcze więcej domków dla turystów, ale podobno się mylę.
Nic już nie wiem, zmęczona, bez trudu zsypiam.
Budzi mnie słońce, które grzeje niemiłosiernie. Z trudem oddycham, szczelnie
zapakowana w śpiwór i dwa polary. Stopniowo pozbywam się wszystkich ciepłych
rzeczy, ale niewiele to daje. Na zegarze 9.00. Zerkam przez okno - zaparkowaliśmy
w całkiem przyjemnym miejscu nad rzeką. Przed nami jeszcze ok. 400 km do
Bjervkviku, miejscowości, w której droga rozwidla się na Narwik i Lofoty.
Jemy śniadanie. Od strony gór napływają kłębiaste chmury. I znów zaczyna się zabawa
w ciuciubabkę ze słońcem. Po jakimś czasie ruszamy. Pierwszy postój urządzamy
sobie w tym samym miejscu, co w zeszłym roku, w Storslett. Mniejsze i większe
statki podskakują wesoło na wodzie. W oddali kolorowe domy, feerią barw odcinają
się od ciemnych skał.
Kolejny postój wypada w Havnnes, niewielkim porcie usytuowanym tuż obok drogi.
Tym razem czerwone, żółte i zielone fasady domów zostają zastąpioną śnieżną bielą.
Ruch na drodze zwiększa się, albowiem tędy wiedzie główny szlak do Nordkapp.
Przybywa też domów i campingów (Norlandia jest bardziej zaludniona niż Finnmark).
Szosa prowadzi wąskim wybrzeżem fiordu. Po jednej stronie morze, po drugiej
potężne, pionowe wzgórza, z których spływają strumyki, a niekiedy dość spore
wodospady. Przed Lyngseidet i Skibotn pojawiają się pierwsze tunele wydrążone w
masywnych skałach. Kiedy wjeżdżamy do Skibotn, wszystko tonie w strumieniach
ulewnego deszczu. Przejeżdżamy przez miasto i już na rogatkach witają nas
niemrawe promienie słońca. Na termometrze 18 °C (!!!), wokół pulsuje
od zieleni dorodnych paproci, smukłych brzóz i niezwykle okazałych mleczy.
Zamiast znaków: uwaga renifer lub uwaga łoś, pojawiają się znaki: uwaga owca z
owieczkami i uwaga krowa (przy czym mućka w wydaniu Norwegów to ciężarna krowa z
porożem łosia lub renifera).
Za Nordkjosbotn widoki przestają powalać na kolana. Pędzi się i pędzi do przodu,
aby jak najszybciej dojechać do drogi odbijającej na Lofoty (tam widoki znów są
nietuzinkowe). Na chwilę przystajemy w Heia, gdzie stoi kilka namiotów Saamów. Jest
to pierwsze miejsce w drodze na Nordkapp, gdzie można zetknąć się z Lapończykami.
Pierwsze i najdroższe. Dalej można kupić podobne rzeczy o wiele taniej, a
najtaniej w sklepiku, w którym kupiliśmy breloczek z łosiem (miejscowość
Russenes). W Heia inkasują pieniądze nawet za noże z zardzewiałymi ostrzami i
nikt nie ma żadnych obiekcji, żeby robić turystów w bambuko.
Tankujemy w Setermoen, tu, jak na razie, jest najtaniej (8,93 korony). Dalej,
w stronę Nordkapp, cena systematycznie rośnie, aby w końcu osiągnąć magiczną
granicę 10 koron.
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik