Do Bjerkvik dojeżdżamy ok. 17.00. Przed nami jeszcze do pokonania ok. 400 km.
Musimy jak najszybciej dotrzeć do Melbu, skąd odpływa prom do Fiskebøl,
bo inaczej nie uda nam się tego samego dnia dotrzeć na koniec Lofotów. Podróż
przez Hinnøy i pierwszą z wysp Lofotów - Austvagøy - zamienia się w
wędrówkę po nowej krainie. O ile wcześniej mijaliśmy ogromne pola usłane morzem
złocistych mleczy, o tyle tu mlecze już dawno przekwitły, a łąki poprzetykane są
różnokolorowymi, letnimi kwiatami. Prócz owiec hoduje się tu krowy i sporo koni.
Przy drodze uwagę zwracają równiutkie rzędy zielonych skrzynek na listy. Niemal
każda skrzynka jest inna. Na jednej troll z małymi trollikami wspina się pod
górę, na drugiej krasnal poszukuje diamentów w górach, a na trzeciej olejne mewy
zataczają kręgi nad olejnym morzem. Droga wije się wzdłuż fiordów, pośrodku
których tkwią samotne wysepki z miniaturowymi, rachitycznymi sosnami (coś jakby
japońskie bonsai).
Do Melbu dojeżdżamy po 19.00. Tu prawie 45 minut czekamy na prom. Płynie się nim
zaledwie parę chwil, a za tę przyjemność trzeba zapłacić 131 koron (2 osoby +
samochód). Na pokładzie wieje jak sto pięćdziesiąt, a w morzu pływają meduzy
wielkości dwóch, wielkich męskich łap. Na horyzoncie, tuż nad wodą, wisi jakaś
mgiełka. Jej obecność daje dużo do myślenia, bo tylko czyste niebo nad morzem
jest gwarantem dobrej pogody. Kiedy wjeżdżamy na drugą z wysp Lofotów -
Vestvagøy - mamy powtórkę z rozrywki sprzed roku. Przez góry przelewają
się ciężkie chmury i szerokim pasmem spadają w dół, na ziemię. Wszystko tonie w
fioletowej poświacie, a ostatnie promienie słońca ostro oświetlają całą okolicę.
Budzimy się na parkingu w Å. Nie ma jeszcze 6.00, a temperatura w
samochodzie osiągnęła punkt wrzenia. Początkowo wierzę, że uda mi się jeszcze
przetrwać 2-3 godziny snu bez ściągania z siebie ciepłych rzeczy. Po pięciu
minutach daję za wygraną i zbędne ciuchy lądują na tylnych siedzeniach samochodu.
Po kolejnych 5 minutach okazuje się, że na niewiele to się zdało. Niemiłosiernie
klnąc w duchu, wyrzucam swoje ciało na zewnątrz. Rozglądam się po okolicy. Tuż
obok, w starym volviaku z zaparowanymi szybami śpią jacyś Szwedzi, powyginani w
nieludzkich pozach. Wieszam polar na oknie, żeby odgrodzić się od słońca i
próbuję ponownie zakopać się w sen. Udaje się! Dopiero po trzech godzinach budzi
nas rumor, który robią faceci w granatowch skafandrach, ściągający z pali
suszone dorsze (sztokfisze). Podjeżdżamy do recepcji Å-Hamna Rorbuer. Zamknięta
na cztery spusty. Bez wyraźnego celu kręcimy się po okolicy. Kilka razy wracamy
w to samo miejsce, ale drzwi są wciąż zamknięte. Wreszcie jest! Ktoś w końcu
przyszedł. Za kontuarem siedzi młodzieniec z czupryną postawioną na sztorc. Po
chwili stajemy się szczęśliwymi posiadaczami klucza do pokoju nr 7. Już mamy
pławić się w swoim szczęściu, radośnie rozpakowywać torby i torebki, kiedy okazuje
się, że młodzieniec się pomylił. Wszystkie pokoje od dziś są zarezerwowane dla
grupy, która się zjawi po południu. Cóż za niefart! O dziwo, sam sztubak jest
zmartwiony tym, że wprowadził nas w błąd, dlatego proponuje nam, żebyśmy
przyjęli klucze do rorbuera stojącego w Sørvågen, miejscowości leżącej 2 -
3 km przed Å. Ponieważ cena jest ta sama (200 koron), a zawsze rorbuery
są droższe od pokoju, ochoczo przystajemy na tę propozycję. Zaopatrzeni w
odręcznie narysowaną mapkę, zapewnieni, że klucz znajdziemy w zamku, jedziemy
do Sørvågen. Trochę kluczymy, ale w końcu znajdujemy swojego
rorbuerka. I tu niespodzianka - klucza ani widu, ani słychu. A zatem wracamy
do faceta z fryzurą na szczotę, żeby delikatnie powiedzieć mu, co sądzimy o
ludziach, którzy wpuszczają nas w maliny. Facet oczywiście nie wie, gdzie jest
klucz, przeprasza i daje nam klucz do sąsiedniego domku. Nasz rorbuer nazywa
się Andersbu (każda chata ma swoją ksywkę) i jest najpiękniejszym robuerem na
świecie. Do naszej dyspozycji oddano pokoik z dwoma piętrowymi łóżkami, łazienkę
z kibelkiem i przestronną jadalnię połączoną z kuchnią. Chatka przeznaczona jest
dla czterech osób, ale spokojnie zmieściłoby się w niej drugie tyle (zważywszy,
że na poddaszu znajdują się jeszcze materace do spania).
Wieczorem wypoczęci i najedzeni ruszamy na ryby i zdjęcia. Najpierw atakujemy
Å z jego rzędami sztokfiszy, rozwieszonych na wysokich żerdziach. Potem
jedziemy do Reine skompanego w promieniach złotego słońca. Jeszcze dalej mijamy
znajomy, biały domek odcinający się wyraźną plamą na tle zielonego wzgórza. W
drodze do Nusfjord pokonujemy 5-tysięczny kilometr naszej podróży. Przed samym
Nusfjordem trafiamy na spore zamieszanie. Na środku drogi stoi karetka, na
poboczu, gdzieś w krzakach leży ranny motocyklista. Jakiś cywil w koszuli w
kratę daje nam znać, żebyśmy jechali dalej. Adam się piekli - nie ma mowy! Jest
wąsko, przejazd naszą spasioną, czarną alfą bez zahaczenia o karetkę prawie
graniczy z cudem. Cywil wycofuje się do czarnego audi i po chwili wraca z
bezrękawnikiem, na którym widnieje duży napis POLITI. A to pan władza! To
zmienia postać rzeczy. Zaraz ruszamy, tylko proszę nas pokierować, żebyśmy nie
zawadzili o ambulans lub boczną barierkę. Po chwili jesteśmy w Nusfjordzie.
Chyba nie zmienił się od zeszłego roku, tyle że poprzednim razem oglądaliśmy go
w południe, a teraz dotarliśmy do niego późnym wieczorem. Z miejscowej knajpki,
jednej z nielicznych na Lofotach, roznosi się zapach smażonych ryb. Wędkarze
wracają z połowu, późni turyści spacerują po pomoście.
Zanim chmury na dobre zasnują niebo, jeździmy po okolicy. Wstępujemy do Vareid,
skąd roztacza się widok na wieżę kościółka we Flakstad i do samego Flakstad.
Kręcimy się to tu, to tam, a świat wciąż nie chce pogrążyć się w mroku. Z jednej
strony mami widokami, z drugiej - zniechęca psującą się pogodą.
Poranny, nerwowy rzut okiem za okno. Tragedia! Ciężkie, deszczowe chmury
spowijają okolicę i ani kawałka czystego nieba. A miało być tak pięknie! Słońce,
morze, ryby i błogie wygrzewanie się na leżaku... Jedyna nadzieja w wietrze, który
przegoni chmury. Obłoki wędrują po niebie. Co jakiś czas robi się jaśniej, ale
to jeszcze nie zapowiedź ładnej pogody. Jedziemy daleko za Reine, w miejsce,
gdzie jest więcej przestrzeni, skąd widać całą okolicę jak na dłoni. Mniej
więcej za Hamøy przebiega granica ołowianych chmur. Wystarczy ją
przekroczyć, aby znaleźć się w strumieniach ulewnego deszczu. Pospiesznie
wrzucamy wsteczny i wracamy tam, gdzie jeszcze nie pada. Wysokie szczyty
kuszą, zapraszają na mozolną wspinaczkę. Gdzieś na poboczu porzucamy samochód i
wspinamy się w stronę górskich jeziorek położonych u stóp wysokiego wodospadu.
Chodzenie po górach w Norwegii nie jest najłatwiejszą rzeczą. W tych rejonach,
w których byliśmy, nie tylko że nie ma wyznaczonych szlaków, ale i lepiej nie
liczyć na to, iż gdziekolwiek pojawi się tabliczka z napisem, jak długo trzeba
iść, żeby dojść na jakiś szczyt. Przeważają wąskie, wydeptane przez ludzi i
zwierzęta ścieżki. Trzeba nieźle wytężać wzrok, żeby odnaleźć je między
kamieniami, ale kiedy już wejdzie się na właściwą drogę, raczej trudno jest
się zgubić.
Po kilkunastu minutach docieramy do najwyżej położonego wodospadu. Chwilę
odpoczywamy, rozkoszując się ciszą i wąchając górskie badylki. Dość szybko
nadciągają szaro-bure chmury, więc pospiesznie wracamy do domu. Dzień upływa
na nicnierobieniu. Adam idzie na ryby (biorą, ale bardzo małe i nic nie wskazuje
na to, że uda mu się zapolować na coś większego), a ja do wieczora robię to,
co lubię najbardziej, czyli nic.
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik