Słońce, słońce! Na zegarze 13.00, a my jeszcze przed śniadaniem i porannym
szorowaniem kłów. Teoretycznie o 16.15 powinniśmy odpłynąć do Bodø, w praktyce,
ze względu na pogodę, postanawiamy zostać jeszcze jeden dzień. Najpierw kąpiel,
potem śniadanko. I... nagle ktoś puka do drzwi. Więc stoję w progu i produkuję
się, że co prawada zapłaciliśmy za 3 noce, ale chcemy zostać jeszcze jedną noc
i w duszy błagam tego gościa, aby odpowiedział, że nie ma sprawy, bo miejsce
jest, tylko trzeba przejechać się do recepcji i dopełnić wszelkich formalności.
Młody facet potakuje i ni z gruszki, ni z pietruszki, pyta, czy ten czarny
samochód to nasz. Pewnie, że nasz! I zaraz potem płynie ukochana mowa polska.
Okazuje się, że chłopak jest studentem. Dostał stypendium, dzięki czemu może
się tu uczyć, a w czasie wakacji dorabia właśnie w takich miejscach, jak to.
Przez chwilkę jeszcze gawędzimy, a potem on wraca do swoich obowiązków, a my
wyruszamy do Å, aby zapłacić za kolejny dzień pobytu.
Popołudnie upływa nam pod znakiem błogiego lenistwa. Dopiero wieczorem
Adam wyrusza na zdjęcia, a ja nauczona doświadczeniem, że na promie buja
nieprzytomnie, kładę się wcześniej spać (bo jak człowiek jest niewyspany, to
bardzo łatwo o sensację pt. "Sprawdźmy, co to koleżanka jadła dziś na śniadanie").
Nie mogę zasnąć. Według obliczeń przeprowadzonych na podstawie jednej mapy
wyszło mi, że z Bodø do Karlskrony mamy do przejechania troszeczkę ponad
1600 km, zaś według innej mapy - prawie 1900. Zdecydowaliśmy się zostać dłużej,
bo braliśmy pod uwagę tylko krótszą trasę. Jak mam powiedzieć niewyspanemu
facetowi, który całą noc hasał po plaży, że pierwszego dnia podróży powinien
raczej zapomnieć o spaniu? Myślałam i myślałam, aż w końcu usnęłam. Minęła krótka
chwila i budzik wrzasnął: wake up! 5.15, trzeba wstawać, aby doprowadzić siebie
i chałupę do stanu używalności.
Tuż przed 6.00 dojeżdżamy do portu. Aby popłynąć z Moskenes do Bodø, za dwie
osoby i samochód trzeba zapłacić 609 koron. Jeśli portfel świeci pustką,
nieszkodzi. Zawsze można zapłacić kartą, albowiem na Lofotach łatwiej jest
trafić na faceta z czytnikiem do kart niż na bankomat.
Prom buczy smętnie. Na niebie z minuty na minutę przybywa obłoków, a zatem
mniejszy żal wyjeżdżać.
Kiedy wchodzimy na pokład, wszystkie strategiczne miejsca (czytaj: do drzemki
lub głębokiego spania) są już zajęte. Snujemy się między fotelami w poszukiwaniu
jakiegoś legowiska. W końcu jest! Adam jak długi rozkłada się na trzech
fotelach, ale ponieważ są dość wąskie, śpi mu się na nich niczym na Madejowym łożu.
Około 10.00 przybijamy do brzegu. Tankujemy benzynę (już po znacznie niższej
cenie - 9,70 korony za litr) i... wio do domu. Wracamy tą samą drogą, którą w
zeszłym roku jechaliśmy na Lofoty. Za oknami migają nam normalne (czyli
swojskie) krajobrazy. Jeszcze są góry, a w nich, tuż za Fauske, długie tunele.
Jeszcze fiordy wgryzają się w ląd, ale już nie tak malowniczo, jak wcześniej.
Pogoda w kratkę - na przemian pada, leje lub świeci słońce. Arctic Circle
przekraczamy podobnie jak rok temu, w miejscu oddalonym kilknaście kilometrów
od Mo i Rana. Wieje, zimno i parking pęka w szwach od autokarów. Na liczniku
mamy 5880 km, kolejne 120 wybija, kiedy mijamy Tärnaby. Po mału wzdłuż drogi
pojawiają się nowe znaki: uwaga łoś, uwaga dzieciaki, uwaga jeździec na koniu i
inne ustrojstwo. Jedziemy raczej szybko, ale nie za szybko, bo przecież mandat
za przekroczenie prędkości, może na zawsze uszczuplić stan naszego konta (dla
niezorientowanych i słabo zorientowanych: w informatorze o Lofotach, który można
dostać w każdym miejscowym, sznującym się punkcie informacyjnym piszą tak: jeśli
nie chcesz, aby twoje wakacje kosztowały więcej niż to zaplanowałeś, musisz
jeździć wolno; kara za jazdę z prędkością 66 - 70 km/h w strefie, gdzie można
jeździć tylko do 60 km/h, wynosi 1000 koron, jeśli w tej samej strefie osiągnie
się prędkość 81 - 85 km/h, trzeba zapłacić 3000 koron).
Przekraczamy norwesko-szwedzką granicę. Policji ani widu, ani słychu, dopiero w miejscowości
Meselefors mijamy dwóch mundurowych, którzy z radarem przyczaili się, po drugiej
stronie ulicy. Wyglądają jak krzyżówka angielskiego Boba (policjanta) i naszego,
swojskiego górnika. Ten konspiracyjny image (chodzi głównie o czapkę) trochę
nas zmylił i dopiero w ostatniej chwili Adam dociska hamulec. Na szczęście
odbywa się bez zacieśniania kontaktów polsko-szwedzkich.
Za Nyköping mamy na liczniku 7 tys. km. Niby dużo, ale to jeszcze nie koniec,
bo przecież do Karlskrony jeszcze ho, ho. Za oknem miga nam wypłowiały lis i
kilka reniferowych niedobitków (co renifery robią na tej szerokości
geograficznej?!). Robi się późno, nawet bardzo późno. Niebo szarzeje, ale to
jeszcze nie prawdziwa noc. Marzy nam się jakieś ciepłe żarcie, choćby z tych,
co to serwują w McDonaldzie. Niestety, wszystkie przydrożne fast foody jak na
złość są zamknięte. Dopiero o 3.00 nad ranem udaje się nam dorwać w Uppssali
skandynawski odpowiednik Mckwaka - pachnący tłuszczem i frytkami bar Max.
Radośnie wcinamy swoje hamburgery, zapijając je colą i zagryzając podwiędniętą
sałatą. Jednocześnie z nieukrywaną, wręcz wścibską, ciekawością przyglądamy się
miejscowym bywalcom. Królują młodzi, różnej maści - od Szwedów, Norwegów, przez
Arabów i Murzynów, a skończywsz na Chińczykach. Wszyscy studiują na uppssalskim
uniwersytecie, a w wolnych chwilach żrą jak potłuczeni, rozsypując zawartość
hamburegerów i hot-dogów po podłodze i gawędząc sobie jakby nigdy nic (Ludzie!
Marsz do łóżek!). Pokrzepieni na ciele (i duchu) ruszamy dalej. Kierunek:
Sztokholm. Adam jest wyraźnie wykończony i z minuty na minutę coraz bardziej
przypomina zombi.
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik