Do centrum Sztokholmu dojeżdżamy dopiero przed 5.00. Ulice świecą
pustkami. Żadnych korków, żadnego użerania się ze złośliwą sygnalizacją świetlną,
żadnych problemów z parkowaniem. Raz po raz mijają nas taksówki, które polują na
amatorów nocnych wrażeń. Zwiedzanie o tej porze może być bardzo przyjemne, pod
warunkiem jednak, że a) jest się wyspanym, b) ma się ze sobą przewodnik lub
przewodnika, c) nie przeszkadza komuś obecność typów spod ciemnej gwiazdy i pań
o nieciekawej konduicie. Co do mnie, przy żadnym z tych punktów nie mogłabym
postawić krzyżyka. Co do Adama, to mam pewne wątpliwości, jeśli chodzi o
podpunkt c) [mam na myśli te kobietki, o które co i rusz się obijaliśmy]. O tej
porze małolaty wracają z imprezy do domu, a nury wychodzą na poszukiwanie
cennych przedmiotów w przepastnych czeluściach śmietników. Jeśli jednak
przymknie się oczy na tę nieciekawą otoczkę, to zobaczy się cudne miasto, w
którym nowoczesność i światowy blichtr mieszają się z nobliwą przeszłością. I
tylko szkoda, że zupełnie nie przygotowaliśmy się na spotkanie z nim, a ono
przemawiało do nas zupełnie niezrozumiałym językiem. No, nic, może uda się
następnym razem.
Pół następnego dnia spędzamy w samochodzie, radośnie pochrapując i nabierając
sił do dalszej drogi.
Do Karlskrony dojeżdżamy po 19.00. Nasz prom ma odpłynąć o 21.00. Do odprawy
celnej została nam jeszcze godzina. Postanawiamy od razu odebrać zarezerwowane
bilety, a potem udać się gdzieś na małe, tłuste conieco. I tu zaczynają się
schody. Paniena za szybką pyta Adama o numer rejestracyjny samochodu. Zawsze
recytował go z pamięci, ale teraz coś go podkusiło i w poszukiwaniu dowodu
rejestracyjnego zaczyna grzebać w kieszeni. Wygrzebuje wszystko, co ma, ale
między tym czymś dowodu nie ma. Pospiesznie dukamy odpowiednią kombinację cyfr
i długimi susami biegniemy do samochodu. Co to się dzieje! Torby, torebki,
butelki i inne klamoty latają w tę i z powrotem po bagażniku, a dowodu jak nie
było, tak nie ma. Na dodatek wcześniej zgodziliśmy się zabrać ze sobą dwóch
bezgotówkowych rodaków z rowerami. Jeśli nas zatrzymają, to i oni będą
zimować. Perspektywa maluje się w czarnych barwach. Sobota wieczór. W kraju
wszystkie urzędy pozamykane. Całą machinę można puścić w ruch dopiero w
poniedziałek. Co robić?! Oczywiście dalej szukać dowodu. Więc szukamy i...
gucio, dalej go nie ma. Zaczynam ogryzać pazury ze zdenerwowania. Nie ma rady.
Trzeba jechać do tych paskudnych budek.
Kolejka samochodów topnieje w oczach,
w końcu dojeżdżamy do pierwszej bandy. W tym miejscu jednak tylko sprawdzają
bilety. Sprawdzili i przepuścili. Jedziemy dalej, do budki z uroczą celniczką.
Szczerzymy się najpiękniej jak umiemy, choć to ryzykowne, bo nie każdy poleci
na słowiański uśmiech. Panienka ogląda paszporty, spisuje potrzebne dane, a
potem prosi, aby podać jej... numer samochodu. Nie dowód rejestracyjny, tylko
numer! Uff, udało się. Teraz już tylko przeprawa w Gdyni, ale to jutro. Poza
tym, z całą pewnością, w naszej kochanej ojczyźnie nikt nas nie skrzywdzi.
Zapijamy zdenerwownie piwem i jednocześnie zastanawiamy się, od kiedy jeździmy
bez tego dowodu. Wszystko wskazuje na to, że od dawna, bo ostatni raz był
potrzebny w Finlandii.
Noc upływa spokojnie. Żadnych ekscesów, podpitych Szwedów, wrzeszczących
dzieci i pochrapujących panów. Nastaje ranek, jak się okazuje zupełnie
bezstresowy. Po opuszczeniu promu nikt nie chce od nas żadnego dowodu.
Grzecznie udajemy się do pierwszego napotkanego policjanta i pytamy, co
mamy zrobić. Odpowiada, że teoretycznie powinniśmy wysiąść, zostawić samochód
na parkingu i wrócić po niego dopiero z duplikatem dowodu rejestracyjnego.
Chyba żartuje! I co znaczy: teoretycznie? Znaczy to, co powinno znaczyć.
Policjant życzy nam szerokiej drogi. Więc ruszamy. Jedziemy, jedziemy i
jedziemy, tak wolno, bo zgodnie z przepisami i z nadzieją, że nikt nas nie
zatrzyma. A kiedy już dojeżdżamy do domu, na liczniku pojawia się liczba
7846 km, a za bramą czeka na nas uszczęśliwiony do granic możliwości pies,
wywijający ogonem we wszystkie strony świata.
Pewnie ktoś spyta, czy warto było drugi rok z rzędu pchać się w to samo miejsce,
kiedy wokół czeka jeszcze tyle zakątków, które miło byłoby zobaczyć. Z całą
pewnością warto, bo nic do końca nie wyglądało tak samo, jak poprzednio.
Zmieniliśmy się my, zmieniła się też daleka północ, która wciąż mami surowym,
tajemniczym krajobrazem.
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik