Adam Ławnik - krajobrazy, fotografia przyrodnicza


Skandynawia - relacje z podróży, zdjęcia

Sztokholm i powrót do domu

Do centrum Sztokholmu dojeżdżamy dopiero przed 5.00. Ulice świecą pustkami. Żadnych korków, żadnego użerania się ze złośliwą sygnalizacją świetlną, żadnych problemów z parkowaniem. Raz po raz mijają nas taksówki, które polują na amatorów nocnych wrażeń. Zwiedzanie o tej porze może być bardzo przyjemne, pod Sztokholm warunkiem jednak, że a) jest się wyspanym, b) ma się ze sobą przewodnik lub przewodnika, c) nie przeszkadza komuś obecność typów spod ciemnej gwiazdy i pań o nieciekawej konduicie. Co do mnie, przy żadnym z tych punktów nie mogłabym postawić krzyżyka. Co do Adama, to mam pewne wątpliwości, jeśli chodzi o podpunkt c) [mam na myśli te kobietki, o które co i rusz się obijaliśmy]. O tej porze małolaty wracają z imprezy do domu, a nury wychodzą na poszukiwanie cennych przedmiotów w przepastnych czeluściach śmietników. Jeśli jednak przymknie się oczy na tę nieciekawą otoczkę, to zobaczy się cudne miasto, w którym nowoczesność i światowy blichtr mieszają się z nobliwą przeszłością. I tylko szkoda, że zupełnie nie przygotowaliśmy się na spotkanie z nim, a ono przemawiało do nas zupełnie niezrozumiałym językiem. No, nic, może uda się następnym razem.

Pół następnego dnia spędzamy w samochodzie, radośnie pochrapując i nabierając sił do dalszej drogi.
Do Karlskrony dojeżdżamy po 19.00. Nasz prom ma odpłynąć o 21.00. Do odprawy celnej została nam jeszcze godzina. Postanawiamy od razu odebrać zarezerwowane bilety, a potem udać się gdzieś na małe, tłuste conieco. I tu zaczynają się schody. Paniena za szybką pyta Adama o numer rejestracyjny samochodu. Zawsze recytował go z pamięci, ale teraz coś go podkusiło i w poszukiwaniu dowodu rejestracyjnego zaczyna grzebać w kieszeni. Wygrzebuje wszystko, co ma, ale między tym czymś dowodu nie ma. Pospiesznie dukamy odpowiednią kombinację cyfr i długimi susami biegniemy do samochodu. Co to się dzieje! Torby, torebki, butelki i inne klamoty latają w tę i z powrotem po bagażniku, a dowodu jak nie było, tak nie ma. Na dodatek wcześniej zgodziliśmy się zabrać ze sobą dwóch bezgotówkowych rodaków z rowerami. Jeśli nas zatrzymają, to i oni będą zimować. Perspektywa maluje się w czarnych barwach. Sobota wieczór. W kraju wszystkie urzędy pozamykane. Całą machinę można puścić w ruch dopiero w poniedziałek. Co robić?! Oczywiście dalej szukać dowodu. Więc szukamy i... gucio, dalej go nie ma. Zaczynam ogryzać pazury ze zdenerwowania. Nie ma rady. Trzeba jechać do tych paskudnych budek.
Kolejka samochodów topnieje w oczach, w końcu dojeżdżamy do pierwszej bandy. W tym miejscu jednak tylko sprawdzają bilety. Sprawdzili i przepuścili. Jedziemy dalej, do budki z uroczą celniczką. Szczerzymy się najpiękniej jak umiemy, choć to ryzykowne, bo nie każdy poleci na słowiański uśmiech. Panienka ogląda paszporty, spisuje potrzebne dane, a potem prosi, aby podać jej... numer samochodu. Nie dowód rejestracyjny, tylko numer! Uff, udało się. Teraz już tylko przeprawa w Gdyni, ale to jutro. Poza tym, z całą pewnością, w naszej kochanej ojczyźnie nikt nas nie skrzywdzi.
Zapijamy zdenerwownie piwem i jednocześnie zastanawiamy się, od kiedy jeździmy bez tego dowodu. Wszystko wskazuje na to, że od dawna, bo ostatni raz był potrzebny w Finlandii. Noc upływa spokojnie. Żadnych ekscesów, podpitych Szwedów, wrzeszczących dzieci i pochrapujących panów. Nastaje ranek, jak się okazuje zupełnie bezstresowy. Po opuszczeniu promu nikt nie chce od nas żadnego dowodu. Grzecznie udajemy się do pierwszego napotkanego policjanta i pytamy, co mamy zrobić. Odpowiada, że teoretycznie powinniśmy wysiąść, zostawić samochód na parkingu i wrócić po niego dopiero z duplikatem dowodu rejestracyjnego. Chyba żartuje! I co znaczy: teoretycznie? Znaczy to, co powinno znaczyć. Policjant życzy nam szerokiej drogi. Więc ruszamy. Jedziemy, jedziemy i jedziemy, tak wolno, bo zgodnie z przepisami i z nadzieją, że nikt nas nie zatrzyma. A kiedy już dojeżdżamy do domu, na liczniku pojawia się liczba 7846 km, a za bramą czeka na nas uszczęśliwiony do granic możliwości pies, wywijający ogonem we wszystkie strony świata.

Pewnie ktoś spyta, czy warto było drugi rok z rzędu pchać się w to samo miejsce, kiedy wokół czeka jeszcze tyle zakątków, które miło byłoby zobaczyć. Z całą pewnością warto, bo nic do końca nie wyglądało tak samo, jak poprzednio. Zmieniliśmy się my, zmieniła się też daleka północ, która wciąż mami surowym, tajemniczym krajobrazem.

Iwona



Wstęp



Na więcej zdjęć z Norwegii zapraszam do galerii:

Lofoty - zdjęcia, krajobrazy

Półwysep Varanger, Norwegia - zdjęcia

Norwegia - inne zdjęcia

Złota seria

Informacje o nowościach   Mapa strony   www.AdamLawnik.pl na Facebook

Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik