Adam Ławnik - krajobrazy, fotografia przyrodnicza


Spitsbergen - relacja z podróży i zdjęcia


Podróż przez Skandynawię

Pomysł zorganizowania wyprawy pojawił się w listopadzie 2004 r. na internetowej od lewej Tomek, Mateusz i ja grupie dyskusyjnej Fotografia Przyrodnicza. Mateusz pół żartem pół serio zaproponował miejsce jednego z kolejnych plenerów na Spitsbergenie. Oczywiście natychmiast zgłosiłem się na ochotnika. Z uwagi na wysokie koszty oraz dość dużą oryginalność wyprawy postanowiliśmy poszukać sponsorów. Okazało się, że nie jest to łatwe zadanie. Skład wyprawy się zmieniał, a czas szybko mijał. Ostatecznie termin wyjazdu ustaliliśmy na początek czerwca 2006 r. Mieliśmy wyruszyć we trzech: Mateusz Moskalik, Tomek Kasiak i ja. Patronem wyprawy został Związek Polskich Fotografów Przyrody, zaś głównymi sponsorami firma International Papier (wsparcie finansowe) oraz firma Graff, producent doskonałych ubrań wędkarskich i myśliwskich, która wyposażyła nas w komplet odzieży.
Trasę w pierwszą stronę ustaliliśmy następująco: najpierw jedziemy samochodem z Warszawy do Gdańska, następnie promem do Nynashamn w Szwecji i przez całą Skandynawię do Tromso w Norwegii, stamtąd zaś statkiem transportowym Norbjorn bezpośrednio do Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie.

W końcu nastał upragniony dzień. Spakowanie całego majdanu do mojej Toyoty Rav 4 okazuje się dość problematyczne. Przed samochodem piętrzy się kilka kartonów jedzenia - wojskowy chleb i koncentraty, kilkadziesiąt puszek, setki słodyczy, komplety grubych ubrań, namiot, grube śpiwory oraz najważniejszy ekwipunek - kilkadziesiąt kilogramów sprzętu foto. Po wywaleniu półki i tylnego siedzenia cudem udaje się to wszystko upakować. Co prawda w tylnym lusterku ledwo widać Mateusza (a do małych i drobnych to on raczej nie należy), mimo to stwierdzamy, że jest OK i rzucamy hasło: "Ruszamy!".

Trasa przebiega bezproblemowo. Na czas dojeżdżamy na prom (Polferries), zaś potem jazda w Skandynawii to już czysta przyjemność Norwegia - w większości po idealnych drogach, w małym ruchu, w pełnej kulturze, wręcz relaksacyjnie (w porównaniu do agresywnej walki na warszawskich ulicach). Z wcześniejszych ustaleń wynika, że mamy prawie tydzień na pokonanie trasy, więc na bieżąco dostosowujemy ją pod kątem fotografowania. W GPS-ie, czyli u naszej Jadźki, wybieramy możliwie najmniejsze drogi, wypatrujemy ciekawych krajobrazów, kolorowej skandynawskiej architektury oraz pałętających się, czasem nawet po szosie, zwierzaków.
Pogoda jak to na północy - bardzo kapryśna i zmienna. Raz pada deszcz, za chwilę błyska słońce i sceneria robi się jak z bajki. Najpierw jedziemy przez górzyste tereny Szwecji, a potem wybieramy bardzo atrakcyjną trasę norweskim wybrzeżem, gdzie droga z uwagi na poszarpany brzeg połączona jest przeprawami promowymi. Widoki są niesamowite.
Wysokie góry odbijające się w niebieskozielonych wodach fiordów oraz błękitna renifer poświata na tle odległych szczytów górskich. A wszystko to oświetlone słońcem, jedynie od czasu do czasu skrywającym się za delikatnymi obłokami. Wieczorami, kiedy słońce zniża się do horyzontu i ciepłym blaskiem oblewa okolicę, fotografuję krajobrazy. Migawka strzela dość często, a jednak cały czas czuję niedosyt.
Po kilku dniach mijamy koło podbiegunowe. Dzień polarny robi swoje - mój zegar biologiczny głupieje, a ja przestaję zwracać uwagę na zegarek. Zresztą jak można spokojnie spać, skoro w nocy jest tak ładnie? Dodatkowo atrakcją nocnego podróżowania są wałęsające się po drogach łosie i renifery.
Któregoś razu Tomek zauważa na poboczu pasące się jak krowy zwierzaki. Gwałtowne hamowanie, samochód parkuje na poboczu pomimo ciągłej linii, szybko podpinam czterysetkę do cyfrowego body, czułość 3200, IS - włączony i biegnę jak opętany, aby zrobić łosia na szosie - fotografię w klimacie serialu "Przystanek Alaska". Taka sytuacja powtarza się wielokrotnie.

Do Tromso docieramy po 6 dniach. W porcie po drugiej stronie fiordu dostrzegamy transportowy statek Norbjorn, nasz dalszy środek lokomocji. Jego jaskrawo czerwony kadłub z dużym białym dźwigiem już z daleka rzuca się w oczy.
Następnego dnia po niewielkich komplikacjach ładujemy bagaże na statek, zaś samochód na kolejne tygodnie trafia pod Bożą Łaskę na teren polskiego klasztoru karmelitanek. na statku Kapitan statku, Norweg, jest dosyć dziwną osobą, milczącą, zamkniętą w sobie, żyjącą w swoim własnym świecie. Ciężko jest nawiązać z nim jakikolwiek kontakt. Za to zupełnie inaczej sprawa przedstawia się z rosyjską załogą statku. Gdy tylko wchodzimy na pokład, jeden z nich mówi: - O, bracia Słowianie! - i od razu robi się raźniej. Razem z Tomkiem zostajemy zakwaterowani w małej kajucie, zaś Mateusz trafia do przestronnej kabiny piętro wyżej, która normalnie pełni rolę pokładowego szpitala. Delikatnie mówiąc, kabiny nie należą do luksusowych i widać, że statek lata swojej świetności ma już dawno za sobą. Nie ma jednak co narzekać, bo przecież na kilka najbliższych dni statek ma stać się naszym domem. Zupełnie zatracam poczucie czasu - śpię, coś jem, urządzam krótki spacer po pokładzie i tak w kółko. Z powodu złej pogody termin wypłynięcia przesuwa się najpierw o kilka godzin, potem o ponad dobę. No cóż, takie są uroki podróżowania w niekomercyjny sposób.

W końcu nastaje wymarzona godzina - ruszamy. Wypływamy na otwarte morze. Zaczyna ostro bujać. na statku Decyduję się na wyjście na zewnątrz i mały spacerek po statku. Z rufy w oddali widać podświetlone ostrym słońcem, lekko zamglone, ostatnie norweskie skały. Przed nami już tylko otwarte morze i przewalające się grzywacze na wysokich falach. Wchodzę na dziób statku, wrażenia iście z rollercoastera - szybko unosimy się do góry, aby za chwilę błyskawicznie opaść w dół. A dookoła jeszcze ta ogromna, pusta przestrzeń. Doznania przejmujące, aż ciarki przechodzą po plecach. W takiej scenerii bardzo ciekawym przeżyciem jest obiad. Stół przykryty jest specjalnym obrusem-ceratą antypoślizgową, a kucharz serwując dania, musi wykazać się nie lada zdolnościami akrobatycznymi, aby trafić w amplitudę fal i dostarczyć nam żarło, które za wszelka cenę chce wyskoczyć z talerza. Podczas jedzenia mam skojarzenia z fotografią krajobrazową - ale ucieka mi horyzont w zupie! Jest pierwsza ofiara - Mateusz dziękuje za drugie danie i błyskawicznie udaje się do swojej kajuty. Tomek także nie czuje się najlepiej. Śmieję się, że mój błędnik jest zahartowany po foto plenerowych libacjach, ale później na wszelki wypadek również idę się położyć. Mój spokój wewnętrzny zakłóca tylko klekot urwanej deski klozetowej wesoło biegającej to tu, to tam po ubikacji.
Kolejne dni nie różnią się od poprzednich. Za oknem szaro, buro z lekką mżawką. Na szczęście znikają sztormowe fale. Czas płynie leniwie i jedyną atrakcją staje się obserwacja unoszących się w powietrzu fulmarów. Zastanawiam się, jak dają sobie radę na środku morza, ok. 300 km od najbliższego lądu. Czy nie brakuje im gruntu pod łapkami i czy nie czują się zbyt samotne w tym miejscu. Ja w każdym razie powoli zaczynam mieć dosyć wszystkiego. W pewnym momencie rozmyślania przerywa żelazny chrzęst - ktoś otwiera drzwi na zewnątrz. Kątem oka widzę jak za burtę wylatuje jakiś karton. Tia ... słowiańskie zwyczaje na północy, a może to dar dla Neptuna?


Ciąg dalszy:

02. Hornsund - Polska Stacja Polarna

Wstęp


Zobacz także: Spitsbergen - zdjęcia
Mapa strony 

Wszystkie zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz
w formie powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik