Hornsund - Polska Stacja Polarna
Po prawie czterech dobach kiszenia się w kajucie wreszcie osiągamy cel podróży. Jest 4 nad ranem 12 czerwca 2006 r.,
przed nami fiord Hornsund i Zatoka Białych Niedźwiedzi. Wychodzę na pokład. Podmuchy lodowatego wiatru są tak silne,
że muszę mocno trzymać się barierki. Arktyka robi wrażenie - nagie skały, wzburzone morze, kłębiące się na niebie
złowieszcze chmury, jedynie w oddali porozrywane bladymi przebłyskami słońca. Pomimo surowego klimatu wszędzie jest
mnóstwo ptaków. Latają całymi stadami i co jakiś czas przysiadają na kołyszących się falach. Wystarczy jeden rzut okiem
i już wiem, że mi się podoba.
Ze względu na dużą ilość szkierów (wypłycania z ostrymi skałami), statek cumuje na środku fiordu. Po jakimś czasie
przypływa po nas pontonem dwóch sympatycznych polarników, którzy na stacji przebywają już od roku. Dostajemy kolorowe
uniformy zabezpieczające przed wyziębieniem i utonięciem, na wypadek gdyby wpadło się do lodowatej wody, zaś nasze
bagaże błyskawicznie lądują w pontonie. Przyznaję, że robi mi się słabo, kiedy obserwuję, jak mój plecak z całym
sprzętem foto jest spuszczany na cienkiej lince zakończonej malutkim haczykiem. Jeden nieuważny ruch i całość może
zniknąć w morskich czeluściach. Po krótkiej przeprawie dopływamy na miejsce.
Polska Stacja Polarna usytuowana jest ok. 500 m
od morza na niewielkim wzniesieniu, na
tle wysokich szczytów górskich. W środku robi bardzo pozytywne wrażenie - jest czysto, schludnie i co najważniejsze
ciepło. Podzielona jest na kilka części - po lewej i prawej stronie znajdują się pokoje dla zimowników oraz letnich
grup badawczych, laboratoria, pokój z komputerami z dostępem do Internetu (jest także WiFi), świetlica z telewizorem,
jadalnia, duża kuchnia z pełnym wyposażeniem, toalety oraz łazienka z prysznicem i pralką. W głębi mieszczą się magazyny
z jedzeniem i różnymi przydatnymi rzeczami. Wszystkie pomieszczenia i urządzenia są ogólnie dostępne, pomagają przetrwać
ciężkie chwile, zwłaszcza tym, którzy przebywają tu cały rok, czyli grupie naukowców. Na zewnątrz znajdują się jeszcze
dodatkowe budynki: agregatownia z pracującymi na okrągło silnikami zapewniającymi stałą dostawę prądu, tzw.
Banachówka - pomieszczenie ze sprzętem pływającym (dwa olbrzymie PTS-y, pontony, silniki i wszystkie niezbędne
akcesoria) oraz psie budy z czterema uroczymi psami (czyżby miejscowe husky?), których głównym zadaniem jest
ostrzeganie ludzi przed zbliżającymi się niedźwiedziami. Dokoła stacji porozstawiane są różne dziwne urządzenia
pomiarowe, m.in. do obserwacji warunków atmosferycznych. Stacja zaopatrywana jest w wodę bezpośrednio z pobliskiej
sadzawki, którą, ku mojemu zaniepokojeniu, polubiły także miejscowe gąski.
Zostajemy zapoznani z całą załogą, do której należą naukowcy prowadzący badania
w zakresie meteorologii, sejsmologii,
magnetyzmu ziemskiego, jonosfery, glacjologii, elektryczności atmosfery i badań środowiskowych oraz grupa techniczna
pracująca przy modernizacji stacji. Dodatkowo na jakiś czas przyjechała tu para biologów, aby prowadzić badania nad
miejscowymi ptaszkami - alczykami. Podczas śniadania szybko znajdujemy z nimi wspólny język. Ptaszniki, jak wszyscy
ich nazywają, uprzedzają nas byśmy nie byli zdziwieni, jak zobaczymy czarno-białe alczyki pomalowane w "barwy wojenne".
Na potrzeby badań chwytają te Bogu ducha winne stworzenia i malują je czerwoną farbą. Kiedy okazujemy pewne
zaniepokojenie, Kasia - biolog zapewnia nas, że nic złego im się nie dzieje. Ponoć wszystkie są zdrowe i szczęśliwe
pomimo zmiany koloru upierzenia.
Pierwsze chwile upływają głównie na miłej pogawędce. Szybko jednak żądni wrażeń wyruszamy w teren. Przed wyjściem
zgodnie z obowiązującym zwyczajem, z uwagi na szwędające się czasami po okolicy białe niedźwiedzie, zaopatrujemy
się w broń. Mateusz wypożycza rakietnicę oraz kolta rodem z filmu "Brudny Harry" - amerykański Magnum 44. Białe
niedźwiedzie są pod całkowitą ochroną i z zasady nie atakują ludzi. W razie spotkania po drodze białego sierściucha,
należy zachować spokój i nie uciekać. Jeśli trafi się na wyjątkowo ciekawski egzemplarz, to w pierwszej kolejności
trzeba oddać strzały ostrzegawcze z rakietnicy, dopiero kiedy to nie pomaga, w ostateczności należy użyć broni.
Opuszczamy stację z nadzieją, że nie przydadzą się nam te zabawki.
Pogoda nas nie rozpieszcza, pomimo to fotografujemy okolicę, a także wszędobylskie renifery. Na pobliskich skałach
odnajdujemy olbrzymie kolonie małych, uroczych alczyków. Czerwonoskórych ptaszorów, o których wspominała Kasia,
jakoś nie widać. Południowe światło, a właściwie jego brak, nie daje wielkich nadziei na udane zdjęcia.
Po obiedzie wyruszamy w przeciwną stronę niż rano - na wschód, pod lodowiec Hans.
Kiedy patrzyłem na niego,
miałem wrażenie, że jest na wyciągnięcie ręki. Okazuje się, że to tylko złudzenie, a do celu jest
kilka dobrych kilometrów. Więc brniemy cierpliwie, bo przecież nie na co dzień można zobaczyć lodowiec z bliska. Na
miejscu okazuje się, że jest całkiem, całkiem - dość spory, w jednych miejscach niebieski, w innych zupełnie biały.
Podobno jego barwa zależy od ilości zamarzniętej w nim wody, te białe fragmenty świadczą o większej liczbie
pęcherzyków powietrza. Podchodzę pod samo czoło lodowca. Co jakiś czas wzdrygam się, słysząc głośne tąpnięcia
przypominające odgłosy nadciągającej burzy. Te dźwięki to tzw. cielenie się lodowca (co jakiś czas odłamuje się od
niego mniejszy lub większy kawałek i z hukiem wpada do wody). Nie czuję się w tym miejscu zbyt pewnie, dlatego robię
kilka zdjęć i szybko wycofuję się na bezpieczną odległość. Pogoda nadal jest nijaka. Wokół szaro, buro i co jakiś
czas zacina śnieg. Ponieważ przed nami jeszcze wiele dni, podczas których będziemy mogli poznać okolicę, postanawiamy
wrócić do stacji. Pierwsze godziny na lądzie robią swoje. Zmęczony padam na łóżko i zasypiam snem sprawiedliwego.
Następnego dnia pełne zaskoczenie - świeci słońce i niebo niemal w całości jest bezchmurne! Moje zdziwienie wynika z
faktu, że kiedy wcześniej studiowałem prognozy pogody i warunki meteo z Hornsundu z ostatnich kilku miesięcy, to
wynikało z nich niezbicie, że bezchmurna pogoda w tym miejscu jest ewenementem, zaś do standardu należy
zachmurzenie 8/8. Jak miło jest popatrzeć po prawie tygodniu niepogody na słońce i błękitne niebo. Pospiesznie
wcinamy śniadanie i zaraz potem wyruszamy w teren. Obiektem naszych zainteresowań po raz kolejny stają się alczyki.
Wchodzę wysoko na górę. Dokoła mnie siedzi mnóstwo małych, przesympatycznych ptaszków. Nerwowo kręcą długimi
szyjkami, rozglądają się na boki i co jakiś czas z zaciekawieniem unoszą w górę łebki, wesoło szczebiocząc.
Z tą swoją wesołością i nadmierną ruchliwością wyglądają dość zabawnie. Po dłuższej chwili oswajają się ze mną
i zaczynają podlatywać nawet na odległość dwóch metrów. Raz po raz w stadzie wzrasta niepokój i ptaki w panice
podrywają się do lotu. To wszystko za sprawą kręcących się w pobliżu mew bladych - alczykowych morderców.
Te duże ptaki o ponad metrowej rozpiętości skrzydeł potrafią na raz połknąć małego ptaszka, ciężko im jednak
schwytać pojedynczą sztukę w olbrzymim stadzie. Nic więc dziwnego, że ptaszki garną się do siebie, zapominając o
wszystkich wcześniejszych niesnaskach.
Rozglądam się wokół siebie. Z tego miejsca roztacza się wspaniały widok na ośnieżone szczyty gór, ciągnące się
długim łańcuchem po drugiej stronie fiordu. W dole, na pierwszym planie ciemną plamą odcinają się zabudowania
stacji polarnej. Wokoło pomiędzy skałami na kolorowej tundrze kręcą się pojedyncze renifery. Byłoby idealnie,
gdyby nie to, że dokucza przejmujący, lodowaty wiatr. Przez cały dzień, z przerwą na obiad, kręcę się po okolicy.
Staram się jak najwięcej zobaczyć, jakbym wyczuwał, że lada chwila przestanę cieszyć się ciepłymi promieniami słońca.
I rzeczywiście, wieczorem niebo pokrywa się gęstą warstwą chmur i nic nie wskazuje na to, że w najbliższym
czasie coś zmieni się w tej materii.
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik