Wycieczka do Ralstranda
Kolejnego dnia planujemy dalszą kilkunastokilometrową wycieczkę na zachód od stacji.
Mateusz roztacza przed nami kuszącą wizję spotkania z gęsiami oraz lisami polarnymi,
inaczej zwanymi pieścami. Pogoda niestety pochmurna. Z uwagi na dosyć długą trasę
rezygnujemy z obiadu. Zgodnie z obowiązującymi w stacji zwyczajami, przed wyjściem
wpisujemy się do specjalnej książki, podając trasę wycieczki, przewidziany czas powrotu
i godzinę alarmową. Wszystko to w razie jakiegoś wypadku, aby było wiadomo, gdzie nas
szukać.
Gęsiego przemierzamy tereny, które nie zostały jeszcze poddane naszej
eksploracji. I nagle pierwsza niespodzianka - drogę przecina nam spora rzeka Revelva
uchodząca z pobliskiego górskiego jeziora. Ominięcie go nie wchodzi w grę ze względu
na odległości i trudny do pokonania teren. Potok na szczęście nie jest głęboki, najwyżej
do łydek, za to szeroki, a temperatura wody bliska zeru. W pierwszym momencie przychodzi
mi do głowy, aby zdjąć buty i przejść na bosaka. Szybko jednak Tomek wybija mi ten
pomysł z głowy. Dziarsko wstępujemy w "odmęty" rzeki, nie przejmując się, że lodowata
woda wlewa się nam do butów i niepokojąco chlupie przez pierwsze kilkanaście metrów.
I wtem druga niespodzianka - chmury odpływają w siną dal, niebo rozpogadza się i z
minuty na minutę robi się coraz cieplej. Zapominam więc o mokrych skarpetach, gnam
do przodu, tym bardziej że w oddali dostrzegam drapieżne ptaki północy - wydrzyki.
Po raz pierwszy widziałem je w Norwegii, potem w Szkocji. Za każdym razem były nieufne
i z trudem udawało mi się je sfotografować.
Szybko wyciągam z plecaka czterysetkę,
podpinam ją do cyfrowego body i powoli skradam się do ptaka. Odnoszę wrażenie, że
jest bardzo inteligentny. Najpierw przygląda mi się z bezpiecznej odległości,
następnie podrywa się do lotu i szybuje tuż nad moją głową, chwilami wręcz płynnie tak,
jakby chciał obejrzeć mnie sobie z bliska. Chwilę później, kiedy jestem już w pewnym
sensie oswojony, siada dosłownie tuż przed moim obiektywem i cierpliwie pozuje jak
prawdziwa profesjonalna modelka. Nigdy wcześniej nie dostrzegłem takiego zachowania
u dzikich ptaków.
Chwilę potem napotykam kolejnego drapola - tym razem jest to jasna odmiana wydrzyka
ostrosternego. Niestety, ptak nie jest już tak odważny i skory do współpracy. Przy
każdej próbie podejścia odlatuje na kilka metrów, jakby wiedział, że dzieląca nas
przestrzeń jest dla niego gwarancją bezpieczeństwa.
Po kilku godzinach marszu docieramy do celu. Dookoła rozpościera się podmokła tundra.
Wędrówka po niej przypomina chodzenie po sprężystym materacu. Wszystko ugina się pod
stopami, a buty grzęzną w zimnej, zielonej mazi.
Rozglądamy się w poszukiwaniu obiecanych gęsi. Niestety, nie ma ani jednej sztuki.
Dochodzimy do wniosku, że muszą gnieździć się na pobliskich skałach. Wspinaczka nie
należy do najłatwiejszych. Chwilami jest prawie pionowo, a podejście utrudniają olbrzymie,
porośnięte mchem kamienie. Nie zniechęcamy się jednak, tym bardziej że przed nami wizja
spotkania się oko z okiem z pieścem. W drodze na szczyt towarzyszą nam stada alczyków.
Czasami bawię się z nimi w chowanego. Ukrywam się, a potem niespodziewanie wychylam głowę
zza skały. Czarno-białe ptaszory w ostatniej chwili robią unik i przelatują tuż obok mojej
twarzy, niczym statki kosmiczne z "Gwiezdnych Wojen".
W końcu docieramy na samą górę. Przyznam, że nie przepadam za górskimi wycieczkami, zwłaszcza
z bagażem w postaci plecaka ze sprzętem fotograficznym ważącym kilkanaście kilogramów. Jednak
w takich chwilach jak ta, jestem w stanie zrozumieć każdego miłośnika gór i zdobywcę
szczytów. Panorama, która pojawia się przed nami, jest warta nawet najbardziej męczącej
wspinaczki. Z jednej strony długim łańcuchem ciągną się ostre granie, niekiedy oddzielone
od siebie małymi oczkami wodnymi, między którymi leniwie przechadzają się renifery. Tuż
pode mną tundra, poszarpana chabrowymi potokami, zielonym kobiercem spowija okolicę. W
oddali, po drugiej stronie fiordu Hornsund majaczą ośnieżone szczyty górskie odbijające się
w ciemnogranatowych wodach morza. Kiedy przymknie się oczy i zapomni o kształtach, wszystko
zlewa się w niezwykłą paletę barwną rodem z płócien najdoskonalszych kolorystów. Całości
dopełniają pikujące stadka alczyków, pojedyncze gęsi i mewy blade. Nic dodać, nic ująć
- kraina jak z bajki.
Pospiesznie, raz za razem naświetlam kolejne klatki. Z góry jednak wiem, że nie uda mi się
oddać klimatu tego miejsca ze względu na ostre, południowe światło. Wierzę jednak w to,
że jeszcze kiedyś tu wrócę. Może o innej porze dnia lub roku.
W drodze powrotnej spotykamy upragnione gęsi. Są idealnie zamaskowane i trudno dostrzec je
między głazami. Często niemal w ostatniej chwili zrywają się w popłochu, z krzykiem wyskakując
spod naszych nóg. Pojawia się też miejscowy rozbójnik - lisek polarny. Jego umaszczenie
zmienia się w zależności od pory roku. Zimą jest pięknym śnieżnobiałym zwierzakiem, zaś o
tej porze roku jego wyliniałe futro jest brązowe, a o dawnej, zimowej świetności świadczy
już tylko duży, jasny, puchaty ogon. Lis wygląda bardzo sympatycznie, jednak zachowuje się
wyjątkowo perfidnie. W brutalny sposób przegania gęsi i zabiera im jajka z gniazd. Potem
szybko biegnie na szczyt góry, zakopuje zdobycz i wraca z powrotem po następne łupy. Czynność
tę powtarza wielokrotnie. Ciekawe, czy pamięta, gdzie ukrywa swoje przysmaki? Kilka razy
przymierzam się, żeby zrobić mu zdjęcie. Niestety, jest płochliwy i w momencie, kiedy podchodzę
zbyt blisko, zaczyna zadziornie, ostrzegawczo poszczekiwać, a potem szybko ucieka.
Jeszcze przez dłuższą chwilę kręcimy się między skałami, szukając tematów do fotografowania.
Kiedy jednak słońce chowa się za chmurami, a w powietrzu czujemy chłodny oddech arktycznej
późnej wiosny, zarządzamy powrót do bazy.
Przylądek Wilczek
Jego nazwa pochodzi od nazwiska austriackiego hrabiego Johanna Nepomuka Wilczka, który badał te
okolice w 1872 r. Stoi tam zabytkowy domek traperski (tzw. hus) Isbjornhamna z 1936 r. oraz krzyż
postawiony przez polskich polarników w 1982 r., tuż po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce.
Obok krzyża wznosi się ołtarz, przy którym odprawiane są msze święte przez księży odwiedzających stację.
Z przylądka roztacza się widok na ośnieżone góry wyrastające po drugiej stronie fiordu i spienione
fale Morza Grenlandzkiego. Ciemne, niskie chmury, kontrastowe, lekko żółte światło i wysokie
fale rozbijające się o przybrzeżne, różnokolorowe szkiery zachęcają by jak najczęściej oglądać
świat przez wizjer aparatu. Szkoda tylko, że o tej porze roku i na tej szerokości geograficznej
słońce nie schodzi nisko nad horyzont i nawet w środku nocy świeci wysoko na niebie. Tym samym
światło nie jest tak ciepłe jak u nas, tuż przed zachodem słońca. Nic nie jest jednak w stanie
powstrzymać mnie przed wypstrykaniem rolki Velvii.
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik