Adam Ławnik - krajobrazy, fotografia przyrodnicza


Spitsbergen - relacja z podróży i zdjęcia


Kucharska wachta na stacji

Jest już czwartek 15 czerwca. Po emocjach poprzedniego dnia budzę się dopiero ok. 13.30, czyli w porze obiadu. Dziś jest dzień, kiedy po południu we trzech przejmujemy wachtę. Na stacji nie ma etatowego kucharza ani sprzątaczki, więc wszystkie prace wykonywane są przez członków załogi i gości.
Do głównych obowiązków należy przygotowanie dwóch posiłków - śniadania i obiadu dla całej grupy, sprzątanie pomieszczeń oraz całonocny dyżur przy radiostacji. Do naszej dyspozycji jest ogromny, dobrze zaopatrzony magazyn, a w nim duże ilości różnorodnego żarcia. Od mrożonego mięsa i ryb, ciut przeterminowanego Łaciatego, kwitnących w kącie kartofli i cebuli, wszelkiego rodzaju makaronów po niezliczone słoiczki i paczuszki przypraw. Oddzielny lokal po brzegi zastawiony jest puszkami, napojami i zapychaczami, typu ketchup i musztarda. Tu też znalazł schronienie nasz wspaniały, żołnierski chlebek przywieziony z Polski. Ku naszemu zdziwieniu nie cieszy się on jednak zbyt dużym wzięciem, a polarnicy wolą własne wypieki przygotowane w specjalnej maszynce.

Zanim jednak obejmiemy wachtę, w związku z planowaną przez nas dłuższą wycieczką w głąb fiordu, otrzymujemy broń - dwie dubeltówki, rakietnicę i naboje, które mają nam służyć do końca pobytu (oby się ani razu nie przydały). Ponieważ nigdy jeszcze nie strzelałem, zostaję wytypowany do odbycia przyspieszonego szkolenia. Najpierw trochę suchej teorii, nauka obsługi i czyszczenia dwururki, a potem już tylko egzamin praktyczny. Spotyka mnie zaszczyt - mam być szkolony przez samego zawodowca Tomka, weterana wojny w Iraku. Z sercem i bronią na ramieniu idziemy w odległe miejsce na tyłach stacji i wybieramy cel w postaci starej, podziurawionej beczki. Dwa pierwsze strzały nie należą do najszczęśliwszych, ale trzeci nie jest już chybiony. I właśnie za sprawą tego strzału staję się strzelcem wyborowym. Chętnie postrzelałbym jeszcze, ale brak naboi oraz związane z wachtą obowiązki zmuszają nas do powrotu. Na szefa kuchni typujemy Mateusza. I słusznie - na obiad wjeżdża na stół wyśmienite danie z rybą w roli głównej. Nie mniejsze zasługi ma Tomek, które na śniadanie zabłysnął parówkami w bekonie, a potem pyszną zupą. Co do mnie, to z uwagi na moje ograniczone zdolności kulinarne, zostaje mi tylko (albo aż) mycie garów i odkurzanie.

Wyprawa w głąb fiordu Hornsund - Burgerbukta i Brepollen

Po nocnym czuwaniu przy radiostacji w końcu nastaje wyczekiwana chwila - wyruszamy na kilkudniową wyprawę w głąb lądu. od lewej Mateusz, Tomek i ja W planie mamy dotarcie na sam koniec fiordu Hornsund, podpłynięcie pod czoło lodowców, a następnie zwiedzanie starego husa na przylądku Gnall oraz eksplorację terenu pod kątem gniazdujących tam ptaków. Naszym nowym miejscem zakwaterowania ma być mały drewniany hus, samotnie stojący gdzieś na odległym pustkowiu. Do naszej dyspozycji mamy ponton - Zodiak z nowiutkim czterosuwowym silnikiem Yamacha 25 KM. Całość waży ok. 200 kg, więc wodowanie nie należy do najłatwiejszych, zwłaszcza że brzeg jest kamienisty i nie ma przy nim żadnego pomostu.
Upychamy wszystkie manele do środka. Oprócz sprzętu foto, ubrań owiniętych w foliowe worki i jedzenia zabieramy jeszcze duży worek z drewnem na opał, komplet broni, wiosła oraz dwa 25-litrowe kanistry z benzyną. Sami ubieramy się w znane nam już pomarańczowe kombinezony z pianki typu Hansen.

Pływanie po arktycznych wodach dostarcza sporych emocji. Burgerbukta Mkniemy z dużą szybkością pomiędzy przybrzeżnymi szkierami, co jakiś czas wysoko podskakując na falach. Rozpryskująca się woda zalewa ponton i ochlapuje nasze twarze, pozostawiając białe, nieforemne plamy soli. Im bardziej oddalamy się od stacji, tym bardziej krajobraz się zmienia. A wszystko to za sprawą mniejszego wpływu ciepłego prądu zatokowego - Golfsztromu. Docieramy do krainy, w której króluje wieczna zima. Skały niemal w całości przykryte są twardą skorupą śnieżną. Pomiędzy nie wdzierają się długie jęzory lodowców. Musimy płynąć ostrożnie, gdyż na wodzie jest mnóstwo śryżu (drobne igiełki i blaszki lodu zbite w gąbczastą, nieprzezroczystą masę), a poza tym co i rusz omijamy olbrzymie, niebieskie skały lodowe. Czas szybko mija, tym bardziej że po drodze zaliczamy sesję fotograficzną z pontonu.

Jeszcze przed wyjazdem z kraju liczyłem, że mając do dyspozycji środek pływający będziemy mogli w każdej chwili przycumować do brzegu, wyjść i porobić zdjęcia. Rzeczywistość okazuje się jednak zupełnie inna. Arktyczne brzegi zupełnie nie przypominają gładkich plaż nad polskimi jeziorami czy rzekami. Z reguły są kamienisto - żwirowe, a pomimo braku fal na otwartej wodzie, tuż przy brzegu jest tzw. przybój, czyli tworzą się fale, które mogą zalać, a nawet przewrócić ponton. Przekonuję się o tym podczas naszego pierwszego lądowania. Mateusz spokojnie, na wolnych obrotach dopływa do brzegu z uniesioną kolumną silnika, aby nie zaczepić śrubą o kamienie. Rozglądam się ciekawsko po okolicy, gdy niespodziewanie fala zalewa cały tył naszej "łajby". Szybka akcja - wskakujemy po pas do wody, Tomek rzuca mi napompowany 1,5 -metrowy wałek, który umieszczam pod dziobem pontonu. Potem we trzech staramy się jak najszybciej wciągnąć ponton na brzeg. Nie jest to jednak proste zadanie, ponieważ silne fale sztormowe utworzyły na brzegu żwirowy wał, przez który należy przeciągnąć załadowany po brzegi ponton, aby z powrotem nie odpłynął na środek fiordu. Szybko przerzucamy plecaki ze sprzętem, broń, jedzenie i z trudem przeciągamy ponton jak najdalej od wody. Nie jest lekko. Nic więc dziwnego, że szybko zapominam o pomyśle częstych przystanków. W ten oto sposób docieramy na przylądek Treskelen do husa Horridonia.

Chatka ta została zbudowana przez paleontologów w 1974 r. Gdzieś w tym miejscu znaleźli oni kości dinozaurów i inne niezwykłe skarby. Wybudowali domek wzorowany na traperskich husach, aby lepiej Hus - Treskelen od namiotu chronił ich przed niezbyt sprzyjającą aurą. Obecna chatka jest "duplikatem". Zbudowano ją w 1987 r., gdyż poprzednia wersja nie przypadła do gustu miejscowym niedźwiedziom, które rozniosły ją w drzazgi. Obecny projekt został chyba zaakceptowany przez białe futrzaki, gdyż stoi tu już prawie od dziesięciu lat i dobrze służy zarówno polarnikom, jak i naukowcom.
Hus nie jest zbyt urodziwy. Na zewnątrz przypomina zwykłą altankę działkową, z dachem i ścianami pokrytymi papą. Z przodu ktoś zamontował stare, drewniane, czerwone wiosło z napisem "Witojcie". Uwagę przykuwają olbrzymie bale służące do tarasowania drzwi wejściowych - to barykada przed czworonożnymi białymi przyjaciółmi, na wypadek gdyby zarzuciły przyjazne zamiary i zapragnęły dostać się do środka. Wnętrze, choć ubogie, ma swój specyficzny klimat. Po bokach stoją dwa piętrowe łóżka, stolik i piecyk z kominkiem do ogrzania husa oraz przyrządzania posiłków. Na wyposażeniu są też materace, garnki, sztućce i trochę jedzenia - puszki, herbatniki, kawa i coś dla spragnionego - resztki szkockiej whisky. W zwyczaju jest przywożenie ze sobą świeżego jedzenia, lecz w pierwszej kolejności należy zjeść to, co znajdzie się na miejscu. Zasada polarnika głosi, że można zjeść wszystko pod warunkiem, że data przydatności do spożycia wybita na opakowaniu nie przekroczyła 5 lat. Chodzą jednak słuchy, że są tacy, którzy zjadali puszki przeterminowane 8, a nawet 10 lat i też żyją. Zaczynam nerwowo szukać daty na opakowaniach husowych puszek - uff... tylko 2 lata po terminie.

Zostawiamy nasze rzeczy, w tym część sprzętu fotograficznego (tutaj nikt nie kradnie) i wyruszamy Brepollen na rekonesans po okolicy. Jest prawie bezwietrznie, a po niebie płyną pojedyncze, białe obłoki. Pierwszy przystanek robimy na samym końcu przylądka Treskelen. Wędruję to tu, to tam, przeskakuję między skałami i dzięki aparatowi utrwalam to, co lubię najbardziej - dzikie krajobrazy. Jak okiem sięgnąć nie ma żadnych śladów cywilizacji, tylko na czubku góry ktoś poukładał kamienie jeden na drugim, tak jak to czynią Lapończycy. Robimy pamiątkowe zdjęcia i płyniemy dalej.

Przebijamy się przez gęstą warstwę pływającego lodu i podpływamy prawie pod samo czoło jednego z lodowców. Jest ogromny, pokarbowany niczym spieczone ciasto, przykryty śnieżnobiałą warstwą śniegu i w słońcu mieni się wszystkimi możliwymi odcieniami błękitu. Na samym jego środku utworzył się duży lej, przypominający jaskinię, przez który odpływa woda z topniejącego lodu.
Okolica w tym miejscu wydaje się martwa, nie ma żadnych ptaków, a ciszę przerywa jedynie przedziwny, monotonny szum. To topiące się kawałki lodowca pod wpływem uwalniającego się powietrza wytwarzają te charakterystyczne dźwięki. Wykorzystali to przedsiębiorczy właściciele luksusowych restauracji i serwują go do drinków, a snoby płacą krocie tylko po to, aby delektować się szumiącym trunkiem. Schodzimy nad brzeg morza. Czuję się jakbym chodził po innej planecie. Grzęznę w czarnym, polodowcowym piachu i potykam się o pojedyncze kawałki lodu. Błękit nieba, wody i lodu jest tak intensywny, że aż nierealny. Jest dziewiczo, zupełnie pusto i głucho. Wpatrując się w miejsce, gdzie niebo styka się z taflą morza, myślę o tym, że dobrze by było, gdyby nikt nigdy nie wpadł na pomysł, aby zbudować tu hotel albo zacząć wydobywać ropę lub jakieś inne surowce naturalne. Ta kraina na zawsze powinna zostać w nienaruszonym stanie.

Następnego dnia budzi mnie głośny szum fal. Spoglądam na zegarek - godzina 6.00. Przeciągam się, wychodzę przed husa, patrzę na niebo i zaczynam zastanawiać się nad dziwnym położeniem słońca. Czyżbym spał tak krótko? Przecież położyliśmy się dopiero ok. 4 nad ranem. Po chwili przychodzi olśnienie - jest już 18.00! Budzę współtowarzyszy, szybko wcinamy pyszne kanapki z przeterminowaną mielonką zapijane pośniegową wodą, na deser połykamy kilka pastylek - witaminek typu Vigor i wyruszamy w drogę.

Pogoda jest trochę gorsza niż poprzedniego dnia. Wieje wiatr, a chmury bawią się w ciuciubabkę ze słońcem. Burgerbukta Płyniemy pod lodowiec Paierlbreen w poszukiwaniu fok i ciekawych pejzaży. Cały czas liczymy też na spotkanie z niedźwiedziem. Mateusz sprawnie manewruje pontonem, aby nie zderzyć się z pływającymi górami lodowymi. Niektóre wyglądają na niewielkie, w rzeczywistości zaś niemal w całości są zanurzone w wodzie i przez to niebezpieczne, inne straszą rozmiarami ogromnej ciężarówki. Miejscami gładkie, miejscami ostro poszarpane i głęboko spękane. A wszystkie brudno białe lub intensywnie błękitne.
Wyłączamy silnik, płyniemy w ciszy w nadziei, że za chwilę spotkamy foki. Niestety, dookoła pustka i tylko przelatujące nisko nad wodą fulmary, niewielkie stada nurzyków oraz pojedyncze maskonury świadczą o tym, że istnieje tutaj życie. Mateusz stara się podpłynąć do nich jak najbliżej. Jesteśmy w pełnej gotowości bojowej - w rękach zestawy z długimi lufami. Ptaki jednak, o dziwo, jak na Arktykę są wyjątkowo płochliwe i nie dają podpłynąć do siebie bliżej niż na odległość 5 metrów.
Burgerbukta Zatrzymujemy się na chwilę, aby podpompować ponton. Nie jest to już najnowszy sprzęt i po kilku godzinach pływania schodzi z niego powietrze. Przed wyjściem na brzeg nerwowo rozglądamy się we wszystkie strony, czy czasem gdzieś za górką nie urzęduje biały miś. Na szczęście teren czysty i można bezpiecznie zejść na ląd. Targają nami sprzeczne uczucia. Z jednej strony jesteśmy zawiedzeni, gdyż bardzo liczyliśmy na spotkanie z uszatymi, które ponoć w tym rejonie pojawiają się najczęściej, z drugiej zaś strony cieszymy się, że nie musimy odbezpieczać broni. Rozstawiam statyw, w oddali majaczą pojedyncze, kontrastowo podświetlone pagórki, a nad nimi rozciągają się drapieżne chmurzyska.
Raz po raz strzela migawka, raz po raz nawiedza mnie myśl, że Arktyka jest naprawdę piękna. Po kilku godzinach pływania głód wyraźnie daje się nam we znaki. Ile można wcinać czekoladę i batoniki? Burgerbukta Zarządzamy powrót. W husie czeka na nas pyszna wojskowa zupka z proszku plus również wojskowy chleb, szczelnie zabezpieczony podwójną folią. A do tego do wyboru - lekko wywietrzała kawa lub herbata, którą można posłodzić skawalonym cukrem, najlepiej starannie porąbanym przez spożyciem. Wilczy głód doprawiony wrażeniami z wędrówki wystarcza, aby stwierdzić, że dawno nie jadło się takich pyszności.
Po jedzeniu siadamy przed husem. Po drugiej stronie fiordu pojawia się kolorowy statek z grupą turystów, którzy płyną na objazdową wycieczkę po Arktyce. A wszystko to za grubą kasę. Śmiejemy się, że będą nas fotografować jako atrakcję turystyczną - miejscowe dzikusy mieszkające w szałasie, dla których cywilizacja zatrzymała się na etapie kamienia łupanego. Myślę sobie, że w końcu jestem rozgrzeszony za te wszystkie ostatnio fotografowane babuleńki przy starych drewnianych chatkach i tych dziadków orzących pola pługiem i z pomocą konika, którym bądź co bądź kradłem duszę.
W głębi serca jednak bardzo współczuję tym wycieczkowiczom. Wykupują drogą wycieczkę na Spitsbergen, a oglądają go prawie i wyłącznie przez okno luksusowego statku. Nie są w stanie poczuć klimatu tego miejsca. Nie mają okazji dotknąć lodowca, przejść się po brzegu z uczuciem strachu przed niedźwiedziem czy posłuchać szumu topniejącego lodowca. Wszystko jest komercyjne, banalne i płytkie - "Szanowni Państwo, właśnie przepływamy koło lodowca. Proszę przygotować komórki, będzie można zrobić ładną, pamiątkową fotografię. Proszę tylko bardzo uważać przed wyjściem na pokład, ponieważ wieje silny wiatr".

Następnego dnia pogoda do bani. Mgła spowija całą okolicę, a do tego pada deszcz. Szybka zmiana planów - pakujemy się i wracamy na stację. Po drodze mijamy kolejny statek turystyczny. Mateusz kieruje ponton prosto na niego, a my z Tomkiem dowcipkujemy, że chyba zaczniemy zbierać kasę do kapelusza za organizowanie miejscowego folkloru - hornsundczycy na pontonie.

Do stacji daleka droga. Płyniemy środkiem fiordu, skąd brzeg jest prawie niewidoczny. Deszcz zacina coraz mocniej. Szczelnie okrywam się kurtką, zakładam gumowy kaptur Hansena, który wgniata moją szyję w ramiona i wyraźnie ogranicza ruchy. Z głową wciśniętą w tułów, schowany na dnie pontonu czuję się jak mały maskonur.

W końcu docieramy do stacji. Już z daleka dostrzegamy statek turystyczny. Na dziś atrakcją jest zwiedzanie Polskiej Stacji Polarnej. Śmiejemy się, że kierownik ma trochę roboty, aby ugościć 50 lub więcej osób. Po brzegu drepczą w przeważającej części emeryci, ubrani w kolorowe, markowe kurteczki. Chłopcy z obsługi pomagają im wejść do pontonu. Na zachodzie realia są inne niż w Polsce i ludzie na emeryturze cieszą się nie tylko wolnym czasem, ale i zaoszczędzonymi pieniędzmi, które w końcu mogą wydać na podróż swojego życia.
Wchodzimy do budynku. Po dwóch dniach dzikiego koczowania w husie, ciepły pokoik, prysznic i obiad złożony z dwóch dań przywodzą na myśl luksusowy hotel. Zerkamy na prognozę pogody. Ze względu na duże zachmurzenie możemy sobie pozwolić na dwudniowe leniuchowanie, przeglądanie zdjęć zrzuconych z karty pamięci do laptopa i odespanie trudów minionych dni.


Ciąg dalszy:

05. Palffyodden i zatoka Gashamna

Wstęp


Zobacz także: Spitsbergen- zdjęcia
Informacje o nowościach   Mapa strony   www.AdamLawnik.pl na Facebook

Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik