Kucharska wachta na stacji
Jest już czwartek 15 czerwca. Po emocjach poprzedniego dnia budzę się dopiero ok. 13.30, czyli w porze
obiadu. Dziś jest dzień, kiedy po południu we trzech przejmujemy wachtę. Na stacji nie ma etatowego
kucharza ani sprzątaczki, więc wszystkie prace wykonywane są przez członków załogi i gości.
Do głównych obowiązków należy przygotowanie dwóch posiłków - śniadania i obiadu dla całej grupy,
sprzątanie pomieszczeń oraz całonocny dyżur przy radiostacji. Do naszej dyspozycji jest ogromny,
dobrze zaopatrzony magazyn, a w nim duże ilości różnorodnego żarcia. Od mrożonego mięsa i ryb,
ciut przeterminowanego Łaciatego, kwitnących w kącie kartofli i cebuli, wszelkiego rodzaju makaronów
po niezliczone słoiczki i paczuszki przypraw. Oddzielny lokal po brzegi zastawiony jest puszkami, napojami
i zapychaczami, typu ketchup i musztarda. Tu też znalazł schronienie nasz wspaniały, żołnierski chlebek
przywieziony z Polski. Ku naszemu zdziwieniu nie cieszy się on jednak zbyt dużym wzięciem, a polarnicy
wolą własne wypieki przygotowane w specjalnej maszynce.
Zanim jednak obejmiemy wachtę, w związku z planowaną przez nas dłuższą wycieczką w głąb fiordu,
otrzymujemy broń - dwie dubeltówki, rakietnicę i naboje, które mają nam służyć do końca pobytu
(oby się ani razu nie przydały). Ponieważ nigdy jeszcze nie strzelałem, zostaję wytypowany do
odbycia przyspieszonego szkolenia. Najpierw trochę suchej teorii, nauka obsługi i czyszczenia
dwururki, a potem już tylko egzamin praktyczny. Spotyka mnie zaszczyt - mam być szkolony przez
samego zawodowca Tomka, weterana wojny w Iraku. Z sercem i bronią na ramieniu idziemy w odległe
miejsce na tyłach stacji i wybieramy cel w postaci starej, podziurawionej beczki. Dwa pierwsze
strzały nie należą do najszczęśliwszych, ale trzeci nie jest już chybiony. I właśnie za sprawą
tego strzału staję się strzelcem wyborowym. Chętnie postrzelałbym jeszcze, ale brak naboi oraz
związane z wachtą obowiązki zmuszają nas do powrotu. Na szefa kuchni typujemy Mateusza. I słusznie
- na obiad wjeżdża na stół wyśmienite danie z rybą w roli głównej. Nie mniejsze zasługi ma Tomek,
które na śniadanie zabłysnął parówkami w bekonie, a potem pyszną zupą. Co do mnie, to z uwagi
na moje ograniczone zdolności kulinarne, zostaje mi tylko (albo aż) mycie garów i odkurzanie.
Wyprawa w głąb fiordu Hornsund - Burgerbukta i Brepollen
Po nocnym czuwaniu przy radiostacji w końcu nastaje wyczekiwana chwila - wyruszamy na kilkudniową wyprawę w głąb lądu.
W planie mamy dotarcie na sam koniec fiordu Hornsund, podpłynięcie pod czoło
lodowców, a następnie zwiedzanie starego husa na przylądku Gnall oraz eksplorację terenu pod kątem
gniazdujących tam ptaków. Naszym nowym miejscem zakwaterowania ma być mały drewniany hus, samotnie
stojący gdzieś na odległym pustkowiu. Do naszej dyspozycji mamy ponton - Zodiak z nowiutkim czterosuwowym
silnikiem Yamacha 25 KM. Całość waży ok. 200 kg, więc wodowanie nie należy do najłatwiejszych, zwłaszcza
że brzeg jest kamienisty i nie ma przy nim żadnego pomostu.
Mkniemy z dużą szybkością pomiędzy przybrzeżnymi
szkierami, co jakiś czas wysoko podskakując na falach. Rozpryskująca się woda zalewa ponton i ochlapuje
nasze twarze, pozostawiając białe, nieforemne plamy soli. Im bardziej oddalamy się od stacji, tym bardziej
krajobraz się zmienia. A wszystko to za sprawą mniejszego wpływu ciepłego prądu zatokowego - Golfsztromu.
Docieramy do krainy, w której króluje wieczna zima. Skały niemal w całości przykryte są twardą skorupą śnieżną.
Pomiędzy nie wdzierają się długie jęzory lodowców. Musimy płynąć ostrożnie, gdyż na wodzie jest mnóstwo śryżu
(drobne igiełki i blaszki lodu zbite w gąbczastą, nieprzezroczystą masę), a poza tym co i rusz omijamy olbrzymie,
niebieskie skały lodowe. Czas szybko mija, tym bardziej że po drodze zaliczamy sesję fotograficzną z pontonu.
chwili przycumować do brzegu, wyjść i porobić zdjęcia. Rzeczywistość okazuje się jednak zupełnie inna.
Arktyczne brzegi zupełnie nie przypominają gładkich plaż nad polskimi jeziorami czy rzekami. Z reguły są
kamienisto - żwirowe, a pomimo braku fal na otwartej wodzie, tuż przy brzegu jest tzw. przybój, czyli
tworzą się fale, które mogą zalać, a nawet przewrócić ponton. Przekonuję się o tym podczas naszego
pierwszego lądowania. Mateusz spokojnie, na wolnych obrotach dopływa do brzegu z uniesioną kolumną silnika,
aby nie zaczepić śrubą o kamienie. Rozglądam się ciekawsko po okolicy, gdy niespodziewanie fala zalewa cały
tył naszej "łajby". Szybka akcja - wskakujemy po pas do wody, Tomek rzuca mi napompowany 1,5 -metrowy wałek,
który umieszczam pod dziobem pontonu. Potem we trzech staramy się jak najszybciej wciągnąć ponton na brzeg.
Nie jest to jednak proste zadanie, ponieważ silne fale sztormowe utworzyły na brzegu żwirowy wał, przez który
należy przeciągnąć załadowany po brzegi ponton, aby z powrotem nie odpłynął na środek fiordu. Szybko
przerzucamy plecaki ze sprzętem, broń, jedzenie i z trudem przeciągamy ponton jak najdalej od wody.
Nie jest lekko. Nic więc dziwnego, że szybko zapominam o pomyśle częstych przystanków. W ten oto
sposób docieramy na przylądek Treskelen do husa Horridonia.
od namiotu chronił ich przed niezbyt sprzyjającą aurą. Obecna chatka jest "duplikatem". Zbudowano
ją w 1987 r., gdyż poprzednia wersja nie przypadła do gustu miejscowym niedźwiedziom, które rozniosły
ją w drzazgi. Obecny projekt został chyba zaakceptowany przez białe futrzaki, gdyż stoi tu już prawie
od dziesięciu lat i dobrze służy zarówno polarnikom, jak i naukowcom.
na rekonesans po okolicy. Jest prawie bezwietrznie, a po niebie płyną pojedyncze, białe obłoki.
Pierwszy przystanek robimy na samym końcu przylądka Treskelen. Wędruję to tu, to tam, przeskakuję
między skałami i dzięki aparatowi utrwalam to, co lubię najbardziej - dzikie krajobrazy. Jak okiem
sięgnąć nie ma żadnych śladów cywilizacji, tylko na czubku góry ktoś poukładał kamienie jeden na
drugim, tak jak to czynią Lapończycy. Robimy pamiątkowe zdjęcia i płyniemy dalej.
a ciszę przerywa jedynie przedziwny,
monotonny szum. To topiące się kawałki lodowca pod wpływem uwalniającego się powietrza wytwarzają
te charakterystyczne dźwięki. Wykorzystali to przedsiębiorczy właściciele luksusowych restauracji
i serwują go do drinków, a snoby płacą krocie tylko po to, aby delektować się szumiącym trunkiem.
Schodzimy nad brzeg morza. Czuję się jakbym chodził po innej planecie. Grzęznę w czarnym, polodowcowym
piachu i potykam się o pojedyncze kawałki lodu. Błękit nieba, wody i lodu jest tak intensywny, że
aż nierealny. Jest dziewiczo, zupełnie pusto i głucho. Wpatrując się w miejsce, gdzie niebo styka
się z taflą morza, myślę o tym, że dobrze by było, gdyby nikt nigdy nie wpadł na pomysł, aby
zbudować tu hotel albo zacząć wydobywać ropę lub jakieś inne surowce naturalne. Ta kraina na zawsze
powinna zostać w nienaruszonym stanie.
Płyniemy pod lodowiec Paierlbreen w poszukiwaniu fok i ciekawych pejzaży. Cały czas
liczymy też na spotkanie z niedźwiedziem. Mateusz sprawnie manewruje pontonem, aby nie zderzyć
się z pływającymi górami lodowymi. Niektóre wyglądają na niewielkie, w rzeczywistości zaś niemal
w całości są zanurzone w wodzie i przez to niebezpieczne, inne straszą rozmiarami ogromnej ciężarówki.
Miejscami gładkie, miejscami ostro poszarpane i głęboko spękane. A wszystkie brudno białe lub intensywnie błękitne.
Zatrzymujemy się na chwilę, aby podpompować ponton. Nie jest to już najnowszy sprzęt i po kilku
godzinach pływania schodzi z niego powietrze.
Przed wyjściem na brzeg nerwowo rozglądamy się we wszystkie strony, czy czasem gdzieś za górką nie
urzęduje biały miś. Na szczęście teren czysty i można bezpiecznie zejść na ląd. Targają nami sprzeczne
uczucia. Z jednej strony jesteśmy zawiedzeni,
gdyż bardzo liczyliśmy na spotkanie z uszatymi, które ponoć w tym rejonie pojawiają się najczęściej,
z drugiej zaś strony cieszymy się, że nie musimy odbezpieczać broni. Rozstawiam statyw, w oddali majaczą
pojedyncze, kontrastowo podświetlone pagórki, a nad nimi rozciągają się drapieżne chmurzyska.
Zarządzamy powrót. W husie czeka na nas pyszna wojskowa zupka z proszku plus również
wojskowy chleb, szczelnie zabezpieczony podwójną folią. A do tego do wyboru - lekko wywietrzała
kawa lub herbata, którą można posłodzić skawalonym cukrem, najlepiej starannie porąbanym przez
spożyciem. Wilczy głód doprawiony wrażeniami z wędrówki wystarcza, aby stwierdzić, że dawno nie
jadło się takich pyszności.
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik