Palffyodden i zatoka Gashamna
Dwa dni później niespodziewanie późnym popołudniem pogoda poprawia się. Wiatr ustaje
i lekko przebłyskuje słońce. Wypływamy z fiordu na otwarte Morze Grenlandzkie i
kierujemy się w stronę południowej części Svalbardu do Palffyodden. Tym razem płyniemy
w czwórkę razem z kolegą polarnikiem, góralem Witkiem.
Długo krążymy pomiędzy niebezpiecznymi szkierami, aż w końcu dobijamy do brzegu, tuż
koło traperskiego husa. Na pierwszy rzut oka chatka wydaje się niepozorna i mało atrakcyjna,
przy bliższym poznaniu jednak wyraźnie zyskuje. Oczami wyobraźni widzę trapera siedzącego
na drewnianej ławce, czyszczącego broń i oprawiającego foki lub upolowanego niedźwiedzia.
Tak jak wszystkie husy na Spitsbergenie, ma specjalne zabezpieczenia przed niedźwiedziami
- wielkie belki służące do blokowania drzwi i okiennice zasunięte dwoma dużymi zasuwami.
Ponoć białe misie z chęcią zajadają się zawartością puszek pozostawionych w husie.
Brutalnie nadgryzają metalową puszkę, a potem wysysają smakowite mięso. Niestety,
misie nie należą do zbytnio wychowanych i przy okazji konsumpcji demolują co się da,
stąd te zabezpieczenia przy drzwiach i oknach husa. Białe futrzaki są jednak nie w
ciemię bite. Potrafią obejść wszelkie belki i zasuwy, wpychając się do środka od
góry, przez dach.
Podłoga w przedsionku husa jest cała oblodzona i trzeba stąpać ostrożnie, aby się
nie przewrócić. W obszernych pomieszczeniach wyraźnie czuć ducha minionych czasów
- stare, żeliwne piece, rozklekotany stół, zbite z desek piętrowe łóżka, drewniane
klapki, a pod sufitem bujające się zardzewiałe lampy naftowe.
Wyruszamy w drogę. Zataczamy coraz większe kręgi wokół chatki. Okolica trochę nas
rozczarowuje. Liczyliśmy na zieloną, ciągnącą się aż po horyzont tundrę, liczne stada
gęsi i innego ptactwa, a tym czasem zastaliśmy mało gościnną, kamienistą równinę.
Atrakcją są tylko biegające renifery oraz porzucone przez nich poroża, w takiej ilości
nie spotykane w innych miejscach na Spitsbergenie.
Płyniemy dalej do zatoki Gashamna, dawnej osady wielorybniczej. Po wiosce założonej w
XVII w. przez angielskich i holenderskich łowców wielorybów pozostały jedynie podmurówki
domów, porozrzucane wokół deski i wielgaśne kości wielorybów. Szkielety powoli zapadają
się w tundrze. Porasta je mech i pojedyncze kępki kwiatów. Czas działa na korzyść przyrody.
Zabliźnia rany zadane jej przez człowieka. Białe szkielety są świadectwem krwawych czasów,
które na szczęście odpłynęły w niepamięć. Opamiętanie przyszło jednak zbyt późno i obecnie,
mimo upływu wielu lat, nie ma już w wodach fiordu wielorybów, zaś morsy są wyjątkową rzadkością.
Te malownicze, rozległe tereny pozostają uśpione, na wpół martwe.
Potem kierujemy się do starego rosyjskiego husa Konstantinovki pamiętającego czasy szwedzko-rosyjskiej
ekspedycji naukowej z lat 1899/1902. Jego dni są już wyraźnie policzone, a to za sprawą
wszędobylskich niedźwiedzi, które naruszyły dach i osłabiły całą konstrukcję budynku.
Wewnątrz chatki stoi stary, zabytkowy piec, po kątach walają się zniszczone meble
przysypane deskami, a wiatr hula w szparach i wybitych oknach. Obok husa natrafić można
na resztki sprzętów i podmurówki przykryte warstwą zeszłorocznego śniegu. Całość raczej
przygnębia i skłania do dalszej wędrówki.
Po kilku godzinach pogoda tradycyjnie już pogarsza się. Mimo to postanawiamy odwiedzić pobliskie
"kamienne miasto" - olbrzymie głazy wielkości małych domów, które pewnego dnia, wieki temu
spadły z gór wyrastających obok na wysokość kilkuset metrów. Miejsce jest tajemnicze,
niepowtarzalne, wręcz unikalne, dlatego żałuję, że nie ma dobrego światła, które podkreśliłoby
jego walory.
Kilka godzin ciągłego marszu robi swoje. Ze zmęczenia potykam się na kamieniach i o mały włos
nie rozbijam sprzętu na skałach. A jednak marzy mi się, żeby jeszcze kiedyś tu wrócić.
W drodze powrotnej płynąc w pontonie wesoło podskakującym na wodzie, z podziwem przyglądamy
się szybującym w przestworzach fulmarom. Kiedy rok wcześniej obserwowałem je w Szkocji,
wydawało mi się, że są bardzo podobne do mew. Dopiero teraz dostrzegam z jaką gracją fruną
tuż nad powierzchnią morza, czubkami skrzydeł muskając taflę wody. Delikatnie unoszą się
w górze, umiejętnie wykorzystując strumienie powietrza. Z szeroko rozpostartymi skrzydłami
przypominają ogromne, szaro-białe szybowce.
Następnego dnia budzi mnie głośny dźwięk dzwonka i krzyk: - Obiaaad! Zawsze, kiedy zbliża
się pora posiłku, obowiązkiem wachmistrza jest obejście całej stacji i donośnym krzykiem
oraz dźwiękiem wielkiego kapitańskiego dzwonka zawiadomienie wszystkich o zbliżającej się
uczcie. Każdy wierzy w swoje zdolności kulinarne i pragnie się nimi podzielić z innymi.
Aby zapewnić sobie jak największą frekwencję, jak najgłośniej dzwoni dzwonkiem i raz po
raz wykrzykuje, że można już przyjść do jadalni.
Wyglądam przez okno. Pogoda jak marzenie! Pospiesznie pałaszujemy więc obiad i wraz z
Mateuszem wychodzimy na zewnątrz, w celu zaliczenia standardowych już punktów programu
- wydrzyków, reniferów oraz okolicznego zielska. Tym razem szczęście wyjątkowo nam dopisuje,
ponieważ trafiamy na płatkonogi i kaczki edredony. Zaraz jednak humor mi siada - dzikie
toto, ucieka jak cholera, a ja nie mam ochoty i cierpliwości, aby się za tym uganiać.
Kilka niezbyt udanych kadrów i odpuszczam, wracamy.
Na stacji wielkie poruszenie. Przybiega do nas jeden z polarników, Adam, i pyta:
- Widzieliście? Był niedźwiedź, tuż koło stacji!
Szybko wyciągam z plecaka 5D z czterysetką, ISO w górę. Nie będę przecież ganiał za
uszatym z trójnogiem. Na wszelki wypadek od razu ładujemy rakietnicę oraz ostrą amunicję,
a potem prędko biegniemy w teren. Wspinam się na pobliską górkę. Nerwowo rozglądam się wokoło.
Nie chciałbym niespodziewanie znaleźć się oko w oko z białym przyjacielem. Niestety, z góry
nic nie widać. Kolejne wzgórze i to samo - pusto. Szybkim krokiem udajemy się na przylądek
Wilczka, patrolując po drodze wybrzeże. To właśnie tędy wiedzie przeważnie trasa białych
niedźwiedzi. Skubańce włażą do lodowatej wody i płyną na drugą stronę fiordu w poszukiwaniu
swojego przysmaku - mniej lub bardziej spasionych foczek. Lato w Arktyce nie jest najprzyjemniejszą
porą roku dla niedźwiedzi. Bez pokrywy lodowej praktycznie nie są w stanie schwytać szybkiej
foki i na większą ucztę muszą poczekać do jesieni. Głodne i smutne kręcą się samotnie po
tundrze lub zaszywają się w swoich kryjówkach. Wchodzimy na wzniesienie na samym przylądku,
skąd roztacza się doskonały widok na całą okolicę (kiedyś stała tutaj wieża obserwacyjna
wielorybników, z której upatrywali swoje przyszłe zdobycze). Po misiu ani śladu. Może tym
razem nie miał ochoty na morską kąpiel i wrócił w to miejsce, skąd przyszedł. Trudno, chyba
nie będzie nam dane zobaczyć na własne oczy uszatego zwierza. Tomek nawet żartuje, że niedźwiedzie
to taka arktyczna, marketingowa ściema.
Pod wieczór, wciąż żądny wrażeń, wyruszam samotnie w teren. Chcę wykorzystać ostatnie chwile
ciepłego światła. Nadchodzi front, zrywa się wiatr, a złowieszcze chmury bardzo powoli, acz
metodycznie odbierają błękit niebu. Wiatr świszczy w lufie dubeltówki przerzuconej przez ramię.
Szybkim krokiem maszeruję w stronę tundry rozciągającej się po zachodniej stronie stacji.
Zielone połacie zielska przypominają trochę nasz rodzimy mech. Porastają to miejsce aż po
horyzont, gdzie ograniczają je dopiero wysokie wzgórza. Wszystko jest wilgotne i bardzo miękkie,
przez co mój statyw niepokojąco buja się na boki. Ustawiam się bokiem do słońca, a moja
dwudziestka czwórka z Velvią na pokładzie obejmuje spory obszar tej zielonej krainy z górami
w tle. Na chwilę przysiadam na pobliskiej skale - wspaniała kraina. Już dawno żaden krajobraz
nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak ten tutaj, dziki, pierwotny, nie tknięty ludzką ręką.
Kolejne dni spędzamy w bazie. Pogoda jest dołująca - porywisty wiatr, maksymalne zachmurzenie
i przelotne deszcze. Tracę poczucie czasu, śpię po kilkanaście godzin dziennie, a stacja staje
się dla mnie w pewnym sensie więzieniem. Niby mam tu czego dusza zapragnie - ciepły pokój,
dobre żarcie, telewizję, internet, a mimo to wpadam w pewien stan odrętwienia i wszystko staje
mi się obojętne. Zaczyna mi brakować zieleni i drzew oraz wschodów i zachodów słońca. Może
zabrzmi to dość dziwnie w ustach zapalonego ekologa, ale brakuje mi też samochodu, który daje
mi swego rodzaju wolność, kiedy mogę usiąść za kierownicą i pognać przed siebie w nieznane. Dla
większości osób taki wakacyjny wyjazd zapewne nie byłby atrakcyjny. Cóż przyjemnego w tym, aby
skazywać się na pogodę przypominającą nasz polski listopad? Ja jednak jak zahibernowany uparcie
trwam w tej dziwnej rzeczywistości w nadziei, że los się odmieni i za jakiś czas znowu wyjdzie słońce.
Budzę się o 11.00., to znaczy o 23.00. To już trzeci dzień koczowania w bazie. Niespodziewanie
wiatr ustaje. Cała okolica tonie w szarej, gęstej mgle, która nagle staje się dla mnie impulsem,
aby jak najszybciej wyrwać się z tej cholernej stacji i choć przez chwilę pokręcić się między skałami.
Szybko zakładam termoaktywną bieliznę, polar setkę, spodnie i kurtkę przeciwdeszczową. Zabieram też
arktyczny niezbędnik, czyli pas z rakietnicą, dubeltówkę, komplet naboi oraz radio - ukaefkę. Na stacji
impreza - imieniny jednego z polarników. Wypijam setkę za jego zdrowie i ruszam w drogę, w kierunku
lodowca Hansa.
Tuż przed budynkiem stacji urzęduje rozgadane stadko bernikli. Jak lis skradam się powoli ze swoją
czterysetką. Ptaki są jednak wyjątkowo płochliwe, zaczynają głośno gęgać i w popłochu przed dwunożnym
intruzem zrywają się do lotu. Po raz kolejny zaczynam zastanawiać się nad swoim zachowaniem. Mam
wyrzuty sumienia, że niepokoję je tylko po to, aby zrobić im zdjęcie. Rozglądam się za jakimś
krajobrazem. W wodach fiordu pływają odłamki lodu, niektóre są nawet dość spore. Na jednej z
takich niebieskich, lodowych górek przysiadły mewy. Trochę dalej, na brzegu lądu powstało
niewielkie jezioro z pośniegowej wody, z którego bystrym strumieniem wypływa potok meandrujący
w stronę zatoki.
Tuż obok przysiadło stado edredonów. Podchodzę do nich i znów czarno-białe kaczory uciekają w popłochu.
Idę dalej. Przede mną duża morena pozostawiona przez cofający się lodowiec. Krajobraz jak na
Księżycu. Nieregularne hałdy żwiru, góry kamieni i ani jednej oznaki życia. Lodowiec jak zwykle
robi na mnie wrażenie. Jego potężne, niebieskie cielsko wyraźnie odcina się na tle szaroburego
otoczenia, a dudniącą w uszach ciszę, co jakiś czas, niczym grzmoty pioruna, przerywają trzaski
pękającego lodu. Jest strasznie i ponuro, a gęsta mgła zasłania nawet pasmo gór przylegające do
ściany lodowca. Tylko dwie samotne mewy siedzące na pobliskim kamieniu są świadectwem tego, że
kraina ta ma swoich stałych mieszkańców. Powoli mgła zaczyna się skraplać, a chwilę później
przechodzi w regularny deszcz. Czas wracać do bazy.
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik