Wyprawa pod Gnal
Dni szybko mijają i nieuchronnie dla mnie i dla Tomka zbliża się koniec naszego pobytu na
Spitsbergenie. Trochę szkoda, bo nie zobaczyliśmy jeszcze wszystkiego.
Wieczorem podejmujemy męską decyzję - nazajutrz, bez względu na pogodę, wypływamy.
Planujemy popłynąć pod górę Gnall i z aparatem zapolować na ptaki gnieżdżące się w
koloniach pod szczytem. Zamierzamy też wstąpić do miejscowej, zabytkowej chatki
traperskiej.
Najmniej przyjemną czynnością związaną z pływaniem jest przygotowanie całego sprzętu
do podróży. Ściągnięcie na wodę ciężkiego pontonu, doczepienie do niego prawie
czterdziestokilogramowego silnika, a potem ubranie się w obcisłe kombinezony i załadowanie
na pokład całego dobytku fotograficzno - żywieniowo - obronnego. Trudy przygotowań w pełni
wynagradzają jednak późniejsze emocje związane z pływaniem po wodach Arktyki.
Z trudem przedzieramy się przez kawałki lodu pływające w pewnej odległości od brzegu
i wypływamy na otwarte morze. Jest duża fala, a im dalej od brzegu, tym coraz większa.
Buja niesamowicie. Co jakiś czas woda wlewa się do pontonu, a słone krople lecą nam
prosto do oczu. Koledzy twierdzą, że jeszcze nie jest tak źle. Ponoć sytuacja może
być mniej ciekawa w drodze powrotnej, kiedy fale będą atakowały rufę. No super.
Po ponad godzinie, szczęśliwie dopływamy pod wzgórze Gnall. Jest to wysoka, od połowy
stoku pionowa góra, którą upatrzyły sobie na swoje domostwo dość spore kolonie mew
trójpalczastych i nurzyków polarnych. Z pontonu dostrzegamy też zabytkowy hus,
który z tego miejsca jawi się jako maleńka, brązowa plamka na tle wielkiej góry.
Z bliska okazuje się, że nie grzeszy urodą. Podobny jest do innych husów - ot, taka
mała budka kryta papą, wokół której walają się niepotrzebne deski i zardzewiałe beczki.
Mimo że nie jest malowniczy, krążę dokoła z nadzieją, że uda mi się go ująć z jakiejś
niezłej perspektywy.
Rozglądamy się za ptakami. Niestety, zła wiadomość - gnieżdżą się wysoko, tuż pod
pionowym szczytem. Tomek od razu rezygnuje z wędrówki na rzecz ciekawszego dla niego
makro. A zatem wyruszamy we dwóch z Mateuszem. Początkowo humory nam dopisują, bo
ptaszory wyglądają tak, jakby siedziały na wyciągnięcie ręki (wszystko za sprawą
niesamowicie przejrzystego powietrza). Potem, kiedy przechadzka zamienia się w mozolną
wspinaczkę, zaczynam się niepokoić, tym bardziej że ostatni odcinek nachylony jest
prawie pod kątem 45 stopni. Przez moment czuję, że zaraz wypluję płuca.
Po dotarciu na miejsce okazuje się, że mewy siedzą dosyć wysoko, zapewne w obawie przed lisami
polarnymi. Również nurzyki polarne wyglądają tylko jak małe, czarne, ruchliwe plamy
na tle skał. Tym razem nie wyjmuję więc sprzętu, lecz delektuję się samymi widokami.
Światło jest niestety paskudne, a zachmurzenie totalne. Po dłuższej chwili odpoczynku
schodzę w dół z zamiarem dokładnego obejrzenie husa.
W środku jest niezbyt przyjazny. Na podłodze standardowo lodowa pokrywa, a w wąskim
holu kilka półek ze starymi butelkami i jakimiś stęchłymi szmatami. Dalej znajduje
się mały pokoik z kilkoma pryczami, piec, stara lampa naftowa i poukładane drzewo na
opał. Przez zabite i zakratowane okno wpada trochę światła. Na stole leży na wpół
zgniły stary numer "Foto", jakieś zdjęcie oraz husowa księga. Cieszę się, że nie
będziemy musieli tutaj nocować i jednocześnie trochę współczuję tym, którzy w
takich warunkach i co gorsza w zupełnej samotności musieli tu kiedyś mieszkać.
Po kilku godzinach zbieramy się wszyscy przy husie i postanawiamy zwiedzić jeszcze
najbliższą okolicę. Na czubku jednej z nadbrzeżnych skał dostrzegamy gniazdo mewy
bladej. Trzy młode larusy wyglądają bardzo pociesznie, lecz dzieląca nas od nich
przestrzeń uniemożliwia bliższe poznanie.
Zaczyna wiać coraz mocniej. Ostre porywy wiatru rozrywają chmury i chwilami pojawia
się nawet słońce. Wypijamy gorącą herbatę z termosu, zagryzając ją batonami. Przy
okazji organizujemy też małą sesję fotograficzna dla sponsora. Tym razem ja jestem
głównym modelem - robię za wędkarza, a moim głównym rekwizytem jest właśnie kubek
z parującą herbatą.
Czas w drogę powrotną. Płynięcie z falą okazuje się dużo przyjemniejsze. Nie buja
i nie chlapie. Podobno jednak jest dużo bardziej niebezpiecznie, gdyż przy wolnym
płynięciu lub w razie jakiejś awarii silnika fala może "dogonić" ponton i go zalać.
Na szczęście Mateusz dowozi nas bezpiecznie do bazy.
Ostatnie dni w stacji polarnej
Kolejnego dnia w fiordzie zator. Gdzieś w południowo-wschodniej części Svalbardu
pod wpływem ciepła i wiatru oberwał się wielki kawał morskiego lodu, a potem wiatry
oraz prąd zatokowy Golfsztrom zapędziły go w okolice fiordu Hornsund. Pojawia się
szansa zobaczenia i sfotografowania fok. Może też trafić się mors lub król Arktyki
- niedźwiedź, dryfujący na oberwanym kawałku lodu. Szybka decyzja - płyniemy na
otwarte morze, tuż pod wielkie tafle paku lodowego. Jednak od decyzji do jej realizacji
daleka droga. Przy brzegu mnóstwo grud lodowych. Wodowanie pontonu nie jest łatwe.
Znosimy go i siłą wpychamy na lód. Koledzy wchodzą po pas do wody, zaś ja zostaję
wytypowany do zrobienia krótkiej sesji zdjęciowej. Potem zaczyna się przepychanka
z prawie tonowymi bryłami lodu. Uff, udaje się. Wypływamy z zatoki i kierujemy się
na otwarte Morze Grenlandzkie.
W miarę krótkim czasie dopływamy do nieregularnego pasa lodu, który ciągnie się
aż po sam horyzont. Intensywnie niebieski kolor niektórych brył lodowych i wody
wokół nich przywodzi na myśl, że jesteśmy gdzieś nad jakimś ciepłym morzem. I
tylko temperatura jakoś tak nie pasuje do tej wydumanej scenerii.
Pływamy korytarzami pomiędzy wielkimi kawałami lodu. Niestety, fok ani innych
morskich zwierzaków nie widać. Po kilku godzinach bezczynnego siedzenia w pontonie
zaczynamy sztywnieć z zimna. Mateusz dla rozgrzewki przewozi nas na pełnym gazie po
wzburzonych falach morskich. Na wszelki wypadek mocniej trzymam się linek. Od razu
robi się cieplej. Bardzo żałuję, że pogoda nie dopisuje, bo ciągnąca się po horyzont
kra robi na mnie duże wrażenie.
potoku w stronę jeziora. Chwilę później okazuje się, że i tym razem nie da się przejść
suchą nogą. Najpierw drogę przecinają mi niezliczone, szerokie strumyki zaopatrzone w
dość spore, poskręcane odnogi. Potem buty na dobre grzęzną w nasączonej jak gąbka tundrze.
Dla odmiany dalszy odcinek trasy prowadzi przez rumowisko skalne i przedziwnie napęczniały
żwir, który wygląda tak, jakby został spulchniony przez dżdżownice giganty.
W oddali pałęta się stadko dorosłych reniferów, wokół których niezgrabnie biegają
tegoroczne maluchy. Małe trzymają się z daleka ode mnie, tuż obok swoich mam. Przysiadam
na kamieniu i zaczynam wcinać batony. Po jakimś czasie zauważam wyraźne zainteresowanie
zwierzaków. Człowiek w tych rejonach to rzadkość, a już z całą pewnością szkraby widzą
tego dwunożnego zwierza po raz pierwszy.
Ciekawość reniferów jest na tyle silna, że
pozbywają się swojej wrodzonej nieufności i podchodzą coraz bliżej i bliżej. Przyglądają
mi się z zainteresowaniem i często wciągają w nozdrza powietrze, aby dokładnie obwąchać
nieznanego delikwenta. Na koniec podchodzą tak blisko, że ciężko jest mi je skadrować
nawet na ogniskowej setce. Piękne zwierzaki, takie duże, milusińskie parzystokopytne
z sympatycznym błyskiem w oku i długimi, gęstymi rzęsami. Starsze łypią na mnie spode
łba, spokojnie przeżuwając chrobotka.
na spacer z myślą o fotografowaniu reniferów w tej nietypowej scenerii. Jednak im bardziej
oddalam się od stacji, tym mocniej słońce przebija się przez ławicę chmur, a parowanie i
lekka mgiełka ustępują pola przejrzystemu powietrzu. Po drodze spotykam tylko jednego, w
kwiecie wieku renifera. Obojętnie spogląda na mnie spode łba, nie przerywając sobie w
żuciu jakiegoś zielska. Daję mu święty spokój i ruszam dalej, na pobliski stok, aby
poobserwować alczyki. Tym razem nie zamierzam ich fotografować, ponieważ na dysku mam
już ponad sto, w miarę udanych zdjęć tych ptaków. Rozsiadam się wygodnie na dużej skale,
aby tylko poprzyglądać się tym małym, pociesznym ptaszkom. Wydają się wyjątkowo nerwowe.
Cały czas kręcą główkami, to w lewo, to w prawo. Co parę chwil jeden z nich ląduje na
czubku skały i brutalnie spycha swoich pobratymców. Niskie już słońce zaczyna ładnie
podświetlać skrzydła ptaszków, więc nie mogę się powstrzymać przed wyciągnięciem aparatu.
Przelatujące raz po raz mewy blade powodują, że co chwila setki ptaków podrywają się z
wrzaskiem i niczym szarańcza zaczynają latać wkoło. Jest ich tak wiele, że momentami
tworzą wręcz jednolitą, czarna plamę na tle ośnieżonych gór. Robi się zimno, czas
wracać do bazy i coś przekąsić.
o innej możliwości powrotu.
plus 20 kg).
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik