Adam Ławnik - krajobrazy, fotografia przyrodnicza


Spitsbergen - relacja z podróży i zdjęcia


Wyprawa pod Gnal

Dni szybko mijają i nieuchronnie dla mnie i dla Tomka zbliża się koniec naszego pobytu na Spitsbergenie. Trochę szkoda, bo nie zobaczyliśmy jeszcze wszystkiego. Wieczorem podejmujemy męską decyzję - nazajutrz, bez względu na pogodę, wypływamy. Planujemy popłynąć pod górę Gnall i z aparatem zapolować na ptaki gnieżdżące się w koloniach pod szczytem. Zamierzamy też wstąpić do miejscowej, zabytkowej chatki traperskiej.

Najmniej przyjemną czynnością związaną z pływaniem jest przygotowanie całego sprzętu do podróży. Ściągnięcie na wodę ciężkiego pontonu, doczepienie do niego prawie czterdziestokilogramowego silnika, a potem ubranie się w obcisłe kombinezony i załadowanie na pokład całego dobytku fotograficzno - żywieniowo - obronnego. Trudy przygotowań w pełni wynagradzają jednak późniejsze emocje związane z pływaniem po wodach Arktyki.
Z trudem przedzieramy się przez kawałki lodu pływające w pewnej odległości od brzegu i wypływamy na otwarte morze. Jest duża fala, a im dalej od brzegu, tym coraz większa. Buja niesamowicie. Co jakiś czas woda wlewa się do pontonu, a słone krople lecą nam prosto do oczu. Koledzy twierdzą, że jeszcze nie jest tak źle. Ponoć sytuacja może być mniej ciekawa w drodze powrotnej, kiedy fale będą atakowały rufę. No super.

Po ponad godzinie, szczęśliwie dopływamy pod wzgórze Gnall. Jest to wysoka, od połowy stoku pionowa góra, którą upatrzyły sobie na swoje domostwo dość spore kolonie mew Zabytkowy hus - przylšdek Gnalodden trójpalczastych i nurzyków polarnych. Z pontonu dostrzegamy też zabytkowy hus, który z tego miejsca jawi się jako maleńka, brązowa plamka na tle wielkiej góry. Z bliska okazuje się, że nie grzeszy urodą. Podobny jest do innych husów - ot, taka mała budka kryta papą, wokół której walają się niepotrzebne deski i zardzewiałe beczki. Mimo że nie jest malowniczy, krążę dokoła z nadzieją, że uda mi się go ująć z jakiejś niezłej perspektywy.
Rozglądamy się za ptakami. Niestety, zła wiadomość - gnieżdżą się wysoko, tuż pod pionowym szczytem. Tomek od razu rezygnuje z wędrówki na rzecz ciekawszego dla niego makro. A zatem wyruszamy we dwóch z Mateuszem. Początkowo humory nam dopisują, bo ptaszory wyglądają tak, jakby siedziały na wyciągnięcie ręki (wszystko za sprawą niesamowicie przejrzystego powietrza). Potem, kiedy przechadzka zamienia się w mozolną wspinaczkę, zaczynam się niepokoić, tym bardziej że ostatni odcinek nachylony jest prawie pod kątem 45 stopni. Przez moment czuję, że zaraz wypluję płuca.
Po dotarciu na miejsce okazuje się, że mewy siedzą dosyć wysoko, zapewne w obawie przed lisami polarnymi. Również nurzyki polarne wyglądają tylko jak małe, czarne, ruchliwe plamy na tle skał. Tym razem nie wyjmuję więc sprzętu, lecz delektuję się samymi widokami. Światło jest niestety paskudne, a zachmurzenie totalne. Po dłuższej chwili odpoczynku schodzę w dół z zamiarem dokładnego obejrzenie husa.
W środku jest niezbyt przyjazny. Na podłodze standardowo lodowa pokrywa, a w wąskim pod husem na Ganalu holu kilka półek ze starymi butelkami i jakimiś stęchłymi szmatami. Dalej znajduje się mały pokoik z kilkoma pryczami, piec, stara lampa naftowa i poukładane drzewo na opał. Przez zabite i zakratowane okno wpada trochę światła. Na stole leży na wpół zgniły stary numer "Foto", jakieś zdjęcie oraz husowa księga. Cieszę się, że nie będziemy musieli tutaj nocować i jednocześnie trochę współczuję tym, którzy w takich warunkach i co gorsza w zupełnej samotności musieli tu kiedyś mieszkać.

Po kilku godzinach zbieramy się wszyscy przy husie i postanawiamy zwiedzić jeszcze najbliższą okolicę. Na czubku jednej z nadbrzeżnych skał dostrzegamy gniazdo mewy bladej. Trzy młode larusy wyglądają bardzo pociesznie, lecz dzieląca nas od nich przestrzeń uniemożliwia bliższe poznanie.
Zaczyna wiać coraz mocniej. Ostre porywy wiatru rozrywają chmury i chwilami pojawia się nawet słońce. Wypijamy gorącą herbatę z termosu, zagryzając ją batonami. Przy okazji organizujemy też małą sesję fotograficzna dla sponsora. Tym razem ja jestem głównym modelem - robię za wędkarza, a moim głównym rekwizytem jest właśnie kubek z parującą herbatą.
Czas w drogę powrotną. Płynięcie z falą okazuje się dużo przyjemniejsze. Nie buja i nie chlapie. Podobno jednak jest dużo bardziej niebezpiecznie, gdyż przy wolnym płynięciu lub w razie jakiejś awarii silnika fala może "dogonić" ponton i go zalać. Na szczęście Mateusz dowozi nas bezpiecznie do bazy.

Ostatnie dni w stacji polarnej

Kolejnego dnia w fiordzie zator. Gdzieś w południowo-wschodniej części Svalbardu wodowanie pontonu pod wpływem ciepła i wiatru oberwał się wielki kawał morskiego lodu, a potem wiatry oraz prąd zatokowy Golfsztrom zapędziły go w okolice fiordu Hornsund. Pojawia się szansa zobaczenia i sfotografowania fok. Może też trafić się mors lub król Arktyki - niedźwiedź, dryfujący na oberwanym kawałku lodu. Szybka decyzja - płyniemy na otwarte morze, tuż pod wielkie tafle paku lodowego. Jednak od decyzji do jej realizacji daleka droga. Przy brzegu mnóstwo grud lodowych. Wodowanie pontonu nie jest łatwe. Znosimy go i siłą wpychamy na lód. Koledzy wchodzą po pas do wody, zaś ja zostaję wytypowany do zrobienia krótkiej sesji zdjęciowej. Potem zaczyna się przepychanka z prawie tonowymi bryłami lodu. Uff, udaje się. Wypływamy z zatoki i kierujemy się na otwarte Morze Grenlandzkie.
na morzu Grenlandzkim W miarę krótkim czasie dopływamy do nieregularnego pasa lodu, który ciągnie się aż po sam horyzont. Intensywnie niebieski kolor niektórych brył lodowych i wody wokół nich przywodzi na myśl, że jesteśmy gdzieś nad jakimś ciepłym morzem. I tylko temperatura jakoś tak nie pasuje do tej wydumanej scenerii. Pływamy korytarzami pomiędzy wielkimi kawałami lodu. Niestety, fok ani innych morskich zwierzaków nie widać. Po kilku godzinach bezczynnego siedzenia w pontonie zaczynamy sztywnieć z zimna. Mateusz dla rozgrzewki przewozi nas na pełnym gazie po wzburzonych falach morskich. Na wszelki wypadek mocniej trzymam się linek. Od razu robi się cieplej. Bardzo żałuję, że pogoda nie dopisuje, bo ciągnąca się po horyzont kra robi na mnie duże wrażenie. Hornsund

Kiedy budzę się następnego dnia, przez okno przebłyskuje słońce. Szybko zrywam się z łóżka i biegnę do drugiego okna z widokiem na morze. Przebijające się przez chmury promienie tworzą ciekawe refleksy na wodzie. Pospiesznie wciągam na siebie ciepłe ciuchy i biegnę na pobliski przylądek Wilczek. Światło i sceneria za sprawą silnego wiatru zmieniają się błyskawicznie. Wypstrykana w ciągu godziny Velvia utwierdza mnie w przekonaniu, że warto było zrezygnować ze śniadania. Chwilę później chmurzy się całkowicie i świat znowu staje się szarobury.

Po obiedzie nie daję za wygraną i idę na dłuższą wycieczkę do doliny Revdallen nad jezioro Revallnet. Objuczony sprzętem foto oraz niezbędną dwururką kieruję się starą drogą w kierunku Hytteviki. Ostatni raz jeżdżono tutaj samochodem ponad 20 lat temu. Potem to miejsce znalazło się w granicach parku narodowego i transport samochodowy zlikwidowano. Wciąż jednak widać ślady kół na żwirze i tundrze. Ciekawe kiedy przyroda się z nimi upora?
Po dłuższym marszu z przystankami na fotografowanie bernikli w końcu docieram do rzeki. Tym razem nie zamierzam jednak forsować jej w butach, lecz kieruję się w górę młody renifer potoku w stronę jeziora. Chwilę później okazuje się, że i tym razem nie da się przejść suchą nogą. Najpierw drogę przecinają mi niezliczone, szerokie strumyki zaopatrzone w dość spore, poskręcane odnogi. Potem buty na dobre grzęzną w nasączonej jak gąbka tundrze. Dla odmiany dalszy odcinek trasy prowadzi przez rumowisko skalne i przedziwnie napęczniały żwir, który wygląda tak, jakby został spulchniony przez dżdżownice giganty. W oddali pałęta się stadko dorosłych reniferów, wokół których niezgrabnie biegają tegoroczne maluchy. Małe trzymają się z daleka ode mnie, tuż obok swoich mam. Przysiadam na kamieniu i zaczynam wcinać batony. Po jakimś czasie zauważam wyraźne zainteresowanie zwierzaków. Człowiek w tych rejonach to rzadkość, a już z całą pewnością szkraby widzą tego dwunożnego zwierza po raz pierwszy. Skalnica naprzemianlistna Ciekawość reniferów jest na tyle silna, że pozbywają się swojej wrodzonej nieufności i podchodzą coraz bliżej i bliżej. Przyglądają mi się z zainteresowaniem i często wciągają w nozdrza powietrze, aby dokładnie obwąchać nieznanego delikwenta. Na koniec podchodzą tak blisko, że ciężko jest mi je skadrować nawet na ogniskowej setce. Piękne zwierzaki, takie duże, milusińskie parzystokopytne z sympatycznym błyskiem w oku i długimi, gęstymi rzęsami. Starsze łypią na mnie spode łba, spokojnie przeżuwając chrobotka.
Ruszam dalej. Brnę po parszywych, wielgaśnych kamieniach, aż w końcu docieram do celu - nad jezioro Revallnet. Ponad połowa jego lustra jest jeszcze zalodzona. Skaczę po nabrzeżnych kamieniach w poszukiwaniu śladów jakiegokolwiek życia w jeziorze. Podobno w jego wodach występuje autochtoniczna odmiana łososia, która osiadła na stałe w tym zbiorniku. Woda w jeziorze jest czyściutka, z lekkim osadem na dnie. Smakuje prawie jak Żywiec, oczywiście ten z plastikowej butelki. Wokół nieprzyjazny, surowy krajobraz - olbrzymia dolina usiana tysiącem głazów i odłamków skalnych, otoczona ośnieżonymi szczytami gór, niemal zupełnie pozbawiona roślinności. Jedynie gdzieś z boku znajduję jedną, samotną kępkę jaskrawo różowych naskalnic. Zaczyna mżyć deszcz, więc zbieram się do powrotu.
Wędrując do bazy, z niepokojem przyglądam się ujściu fiordu. Cały, aż po horyzont zawalony jest lodem. Co będzie z naszym powrotem do domu? Na stacji oglądamy mapy satelitarne. Okazuje się, że pas lodu sięga 30 - 40 km i istnieje duże prawdopodobieństwo, że nasz statek - Horyzont - nie wpłynie na czas do Hornsundu, a co za tym idzie nie zabierze nas do stolicy Svalbardu Longyearbyen i nie zdążymy na samolot.

Następnego dnia po obiedzie pogoda nieznacznie się poprawia. Słońce niemrawo wygląda zza chmur, a ziemia, po całodziennym deszczu zaczyna intensywnie parować. Wybieram się Hornsund na spacer z myślą o fotografowaniu reniferów w tej nietypowej scenerii. Jednak im bardziej oddalam się od stacji, tym mocniej słońce przebija się przez ławicę chmur, a parowanie i lekka mgiełka ustępują pola przejrzystemu powietrzu. Po drodze spotykam tylko jednego, w kwiecie wieku renifera. Obojętnie spogląda na mnie spode łba, nie przerywając sobie w żuciu jakiegoś zielska. Daję mu święty spokój i ruszam dalej, na pobliski stok, aby poobserwować alczyki. Tym razem nie zamierzam ich fotografować, ponieważ na dysku mam już ponad sto, w miarę udanych zdjęć tych ptaków. Rozsiadam się wygodnie na dużej skale, aby tylko poprzyglądać się tym małym, pociesznym ptaszkom. Wydają się wyjątkowo nerwowe. Cały czas kręcą główkami, to w lewo, to w prawo. Co parę chwil jeden z nich ląduje na czubku skały i brutalnie spycha swoich pobratymców. Niskie już słońce zaczyna ładnie podświetlać skrzydła ptaszków, więc nie mogę się powstrzymać przed wyciągnięciem aparatu. Przelatujące raz po raz mewy blade powodują, że co chwila setki ptaków podrywają się z wrzaskiem i niczym szarańcza zaczynają latać wkoło. Jest ich tak wiele, że momentami tworzą wręcz jednolitą, czarna plamę na tle ośnieżonych gór. Robi się zimno, czas wracać do bazy i coś przekąsić.

W stacji niemiła wiadomość - statek na pewno nie przypłynie po nas w terminie i teraz tylko cudem możemy dostać się na samolot do Longyearbyen. Zapewne trzeba będzie pomyśleć Hornsund o innej możliwości powrotu.
Przed północą słońce ciepłymi promieniami oblewa budynki stacji i najbliższą okolicę. Szybko zapominam o problemach związanych z powrotem i ile sił w nogach pędzę nad zatokę. Praktycznie co krok jest jakiś ciekawy kadr. Niskie ciemne chmury, kontrastowo przebijające się słońce malowniczo oświetlające góry i lód, setki lodowych kawałków wypełniające cały fiord, a gdzieniegdzie stadka ptaków. A to para mew bladych, a to samotna rybitwa polująca na wodne stworzenia, a dalej gromadki miejscowych kaczek - edredonów. Najciekawsze jest to, że samice zostały pozostawione przez swoich ukochanych i samotnie wysiadują jajka. Ich drugie połówki - biało upierzone samce - urządziły sobie spotkanie wyłącznie w męskim gronie. Całymi stadami siedzą na krawędzi lodu i głośno kwaczą o ważnych kaczych sprawach. Czyżby jakaś impreza? Może zbiorowe pępkowe? W krótkim czasie wypstrykuję 1,5 rolki Velvii. Jest po prostu cudownie.

Nazajutrz zachmurzenie totalne. Pogoda w Arktyce jest zawsze jedną wielką niewiadomą. Trudno ją przewidzieć, gdyż na tym olbrzymim obszarze jest tylko kilka stacji meteorologicznych, w tym jedną z nich jest Polska Stacja Polarna Hornsund. Bardzo dużo zależy też od warunków lokalnych. Często w jednym miejscu jest pochmurno, a 100 km dalej świeci słońce.
Zupełnie niespodziewanie, około godziny 19.00 przejaśnia się, a pół godziny później robi się zupełnie bezchmurnie. Długo będę przeklinał tę chwilę, w której podjąłem decyzję o wejściu na Fugla. Jest to góra wznosząca się tuż za bazą na wysokość prawie 560 m. Ponoć rozciąga się z niej wspaniały widok na lodowiec i cała panoramę gór. Trochę ponad 500 m to niby niewiele, ale na wycieczkę zabieram swojego wiernego przyjaciela - plecak ze sprzętem i statywem oraz koleżankę dubeltówkę (czyli razem Hornsund plus 20 kg).
Droga od początku jest wredna. Najpierw olbrzymie kamienie, potem grząskie fragmenty tundry i co jakiś czas pasy śliskiego śniegu. Momentami jest prawie pionowo, aż strach obejrzeć się do tyłu. Szlak jest nie przetarty, zupełnie dziki, znaczony jedynie pojedynczymi śladami lisów na śniegu. Oby nikt nigdy nie wpadł na pomysł, aby wytyczyć tutaj trasy jak w naszych Tatrach. Na szczęście tereny te mają status parku narodowego, więc istnieje duża szansa, że pozostaną w nietkniętym stanie na wieki. Kiedy już mniej więcej jestem w połowie trasy - niemiła niespodzianka. Chmury stopniowo zasłaniają niebo i dodatkowo nogi zaczynają trząść się pode mną ze zmęczenia. Ale przecież nie będę wracał. Co kilkanaście metrów robię krótkie przerwy, wcinam czekoladę i brnę dalej na szczyt. W końcu docieram do przełęczy. Po drugiej stronie inny świat - błękitno-biała kraina śniegu i lodowców. Niestety, pułap ciężkich, stalowych chmur rozciąga się tuż nade mną i widać jedynie pobliskie lodowe doliny, zaś sam szczyt góry jest zupełnie niewidoczny. No cóż, nie będzie mi dane wejść na samą górę. Przysiadam na dłuższą chwilę na kamieniu. Cieszę oczy pięknym widokiem fiordu i okolicznych gór, oświetlonych ostatnimi promieniami słońca. Zgodnie ze zwyczajem Saamów dodaję swój kamyk na czubku usypanego kopczyka i powoli zbieram się w drogę powrotną.


Ciąg dalszy:

07. Longyearbyen i powrót do domu

Wstęp


Zobacz także zdjęcia - Spitsbergen
Informacje o nowościach   Mapa strony   www.AdamLawnik.pl na Facebook

Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik