Wraz z Tomkiem coraz bardziej jesteśmy zaniepokojeni o nasz powrót do domu.
Mateusz, który ma zostać w stacji dłużej, śmieje się, że nie przyjechaliśmy
tutaj na wycieczkę krajoznawczą, lecz na wyprawę, podczas której drobne przesunięcie
rzędu dwóch, trzech tygodni jest jak najbardziej na porządku dziennym. Z pewnością
ma rację. Nam jednak nie jest do śmiechu. Wiemy już, że nie przypłynie po nas
statek Horyzont i nie zabierze nas do stolicy Svalbardu na samolot. W ogóle nie
bardzo wiemy, jak się stąd wydostać. Praktycznie mamy dwie opcje - albo zabrać
się za dwa tygodnie tym samym statkiem, którym przypłynęliśmy do Hornsundu (pod
warunkiem, że będą miejsca i sprzyjająca pogoda), albo wprosić się na pokład
jakiejś przypadkowej łodzi lub norweskiego helikoptera, który zabierze nas na
stopa do stolicy - Longyearbyen.
Następny dzień nastraja nas melancholijnie, żeby nie powiedzieć smętnie.
Znów jest pochmurno i wieje przejmujący, porywisty wiatr. Leniwie, bez celu
snujemy się po stacji i jedyne co nas ratuje to komputery z dostępem do internetu.
Silny wiatr robi jednak swoje - transmisja jest co chwila przerywana i z trudem można
cokolwiek obejrzeć. "Wegetujemy", czekając na następny dzionek.
Z samego rana (tj. ok. 13.00) wpada do naszego pokoju polarnik, przez miejscowych
zwany Rumcajsem, krzycząc już od progu:
- Chłopaki, w fiordzie jest jakiś kuter! Zagadajcie przez radio, to może was zabiorą!
- Eeee tam - odpowiadamy z Tomkiem bez
przekonania, niespodziewanie wyrwani o tak wczesnej porze z głębokiego snu. Przewracamy
się na drugi bok i ponownie próbujemy wpaść w objęcia Morfeusza. Po jakiejś chwili
przychodzi jednak opamiętanie. Powoli zsuwam się z łóżka i idę sprawdzić kogo przygnało
w te strony. Okazuje się, że jest to norweski statek naukowy z helikopterem na pokładzie, który przypłynął
wymienić beczki z paliwem składowane nad brzegiem fiordu w pobliżu stacji, na wypadek
akcji ratowniczej w tej okolicy (Longyearbyen znajduje się 100 km dalej w linii prostej).
Dwa dni temu poprosiliśmy kierownika stacji o przesłanie zapytania do Norwegów, czy nie
będą przepływać lub przelatywać w pobliżu i czy nie zabraliby ze sobą dwóch nieszczęśników.
Odpowiedź była jednak negatywna. Czyżby zmienili zdanie?
Mamy piętnaście minut na dobudzenie się, spakowanie maneli i pożegnanie się z polarnikami.
W panice ładujemy do toreb porozrzucane po pokoju brudne ciuchy, opróżniamy kieszenie z
naboi i zbieramy porozwalane po szafce fotograficzne akcesoria.
Jak jednak spakować rogi
renifera?
Na szczęście Norwegowie dają się namówić na kawę, a potem nawet na obiad,
dzięki czemu nasz czas ewakuacji ulega znacznemu wydłużeniu.
Gości przyjmuje się z pompą. Do obiadu wjeżdża na stół czerwone wino. Piloci
helikoptera odmawiają jednak spożycia alkoholu i z wielką ostrożnością sączą
zaserwowany im kompot, pytając co i rusz, czy aby na pewno nie jest trunkiem
wyskokowym. Cóż, widać polska "sława" dotarła nawet tu, na koniec świata.
Wpisujemy się do pamiątkowej księgi, żegnamy z mieszkańcami stacji i wyruszamy
w drogę.
Pod stacją stoi już helikopter, który transportuje nas na statek. To mój pierwszy
lot i ciarki przechodzą mi po plecach, gdy momentalnie wzbijamy się pionowo w górę.
Norweski statek w porównaniu z naszą poprzednią jednostką jest trochę mniejszy, lecz
za to w środku bez porównania bardziej komfortowy. Otrzymujemy dużą i przestronną,
jak na warunki morskie, kabinę, normalnie przeznaczoną na szpital. Do naszej dyspozycji
jest też przestronna messa z bogato zaopatrzoną lodówką, a na dolnym pokładzie siłownia
(sic!). Zostajemy ugoszczeni obiadem, po którym zalegamy w łóżkach.
W środku nocy budzi mnie ostre słońce, wąskim pasmem wpadające przez małe okno w
kajucie. Ubieram się, biorę aparat i wyruszam na krótki spacer po pokładzie. Statek
przebija się przez niezliczone ilości olbrzymiej kry lodowej. Za nim w powietrzu
uwijają się stada mew trójpalczastych, a w oddali ze złocistej mgły wyłaniają się
wysokie góry. Ich wierzchołki są równe, gładkie i przywodzą na myśl olbrzymi, pusty
stół. Chyba po raz pierwszy fotografuję krajobraz z ręki, bez statywu. Ustawiam wysoką
czułość i staram się zgrać z falami. Na szczęście bujanie jest bardzo delikatne i, o
dziwo, horyzont na zdjęciach wychodzi prosty.
Następnego dnia budzi nas miły Norweg z załogi, z radosną wiadomością, że jesteśmy już
na miejscu w Longyearbyen. Zanim jednak zejdziemy na ląd, proponuje nam marynarskie
śniadanie. Następnie za pomocą jakiegoś mini wodolotu zostajemy odstawieni do samego
portu. W ten oto sposób, praktycznie cudem, udaje nam się zdążyć na wykupiony wcześniej
samolot, którym mamy dotrzeć na stały ląd, a dokładnie do naszego samochodu zostawionego
w Tromso.
Objuczeni bagażami łapiemy stopa, który podwozi nas na lotnisko. Do odlotu jest jeszcze
kilka godzin, więc nie mogę przepuścić okazji, aby nie zwiedzić zabytkowego górniczego miasta,
stolicy lodowej krainy - Longyearbyen. Tomek jednak od razu rezygnuje z propozycji
szybkiego maratonu. Zabieram niezbędny sprzęt foto i samotnie udaję się tym razem na
piechotę w trzykilometrową wędrówkę z powrotem do miasteczka.
Po drodze mijam jakieś zakłady przemysłowe związane z wydobyciem węgla. Dookoła wysokie
góry pokryte łatami zeszłorocznego śniegu, z przycupniętymi u podnóża malutkimi,
kolorowymi domkami. W oddali zwartą bryłą odcina się od otoczenia szarobłękitny
lodowiec.
Niegdyś Longyearbyen było typowym miasteczkiem górniczym (w tym roku mija sto lat od
chwili, kiedy John M. Longyear założył pierwszą kopalnię). Obecnie nadal wydobywa się
tutaj węgiel, a rząd norweski stara się ściągnąć w te strony jak najwięcej obywateli,
zachęcając ich bardzo niskimi podatkami i w miarę wysokim standardem życia. W tym
niewielkim mieście jest więc prawie wszystko - od dobrze zaopatrzonych sklepów, po
kawiarnie, kino i basen. Mimo wszystko chyba bym się nie skusił. Trudno jest mi sobie
wyobrazić, jak długo można wytrzymać na tym końcu świata, gdzie nie ma drzew i zieleni,
a słońce świeci tylko przez pół roku i to z rzadka, zaś przez kilka zimowych miesięcy
panuje zupełna noc.
Po drodze mija mnie wiele samochodów i to nie byle jakich. Dominują najnowsze modele
terenówek i trucków. Tu chyba każdy posiada samochód, pomimo że w okolicy Longyearbyen
jest tylko około 40 km dróg. Dalej ciągną się już tylko dzikie i odludne tereny parków
narodowych i ścisłych rezerwatów. W końcu odpuszczam sobie dalsze maszerowanie i łapię
stopa. Jakiś ciemnoskóry ojciec z małym chłopcem zawozi mnie do samego centrum. Od razu
poznaję charakterystyczny pomnik górnika prezentowany we wszystkich folderach i na
pocztówkach ze Spitsbergenu. Samo miasteczko jest niewielkie, ma jednak swój specyficzny
klimat. Znajduje się w nim zaledwie kilka sklepów, port, kościółek na wzgórzu, dwa muzea
oraz małe osiedle jaskrawo kolorowych domków. Przed każdym z nich na zielonej trawce
rozstawione są kolorowe skutery śnieżne. Miasto otoczone jest wysokimi górami i gdzie
nie spojrzeć widać pozostałości dawnych szybów i rusztowań górniczych. W dużym sklepie
sportowym można kupić niemal to samo, co w Warszawie. Pewną różnicę stanowi tylko wiszący
obok kurtek i butów cały arsenał broni. Tutaj każdy mieszkaniec może bez zezwolenia stać
się właścicielem dowolnej giwery. Do miasta czasami wpadają niedźwiedzie. Podobno kiedyś
nawet jeden zjadł na obiad jakiegoś przewodnika wycieczki. Trzeba więc mieć się na
baczności.
Nie zważając na te wszystkie opowieści, szwendam się po okolicy. Na chwilę
wychodzi nawet słońce i pięknie oświetla całą okolicę. Jeszcze tylko wizyta w dużym
centrum Informacji Turystycznej i czas wracać.
Około 21.30, po prawie 4 tygodniach, szczęśliwie lądujemy na kontynencie. Co prawda nie
jest to jeszcze koniec naszej podróży, bo przed nami do pokonania ponad 2500 km i w
odwodzie zostawiliśmy sobie 6 dni na jaki taki wypoczynek, ale czujemy, że właściwą
przygodę mamy już za sobą. Kiedy lądujemy w Tromso, niebo przesłaniają ołowiane chmury,
mży deszcz, a termometr wskazuje 13°C. Jak dla mnie jest wręcz upalnie, ściągam polar
i dopiero w samym podkoszulku czuję się w sam raz. Późnym wieczorem odbieram samochód
od sióstr karmelitanek. Potem już wspólnie z Tomkiem wcinamy stary dobry obiadek ze
słoików i puszek, a jeszcze później wygodnie rozkładamy się za miastem na rozłożonych
fotelach samochodu. Znowu jesteśmy u siebie.
W następnych dniach stopniowo kierujemy się w stronę kraju. Ponownie zaliczamy łosie na
drodze, fotografujemy kolorowe norweskie domki i delektujemy się wszędobylską zielenią.
Jednym z etapów podróży jest jedno z najładniejszych miejsc w Norwegii - Lofoty.
Odwiedzam je już po raz trzeci i tym razem nie robią na mnie żadnego wrażenia. Obawiam
się, że po zobaczeniu Spitsbergenu zrobiłem się bardziej wybredny.
9 lipca, po 37 dniach podróży, docieramy do Polski.
Wyprawa na Spitsbergen jest dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Co prawda nie widziałem
białych niedźwiedzi, ale malownicze svalbardzkie pejzaże, setki ptaków oraz stada
reniferów na długo pozostaną w mojej pamięci. To niesamowite wrażenie, kiedy można
samotnie wędrować po bezdrożach, dookoła spacerują dzikie zwierzęta przyglądające się
człowiekowi ze zdziwieniem, a po horyzont, jak okiem sięgnąć, nie ma żadnych śladów cywilizacji.
Ta wspaniała kraina jednak powoli zanika. Kiedy porównuje się mapy z lat sześćdziesiątych ze
stanem obecnym, wyraźnie widać olbrzymie różnice w wielkości lodowców. W niektórych miejscach
cofnęły się one o dobrych kilka kilometrów. Globalne ocieplenie robi swoje.
Podziękowania dla Mateusza Moskalika i Tomka Kasiaka za miło spędzony czas. Dodatkowo
dla Mateusza, bez którego zapewne nigdy bym nie odwiedził tej bajkowej północnej krainy.
Szczególne podziękowania dla Zakładu Badań Polarnych i Morskich Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk za gościnę w Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie.
Adam
Zdjęcia dostępne są w postaci plików w wysokiej rozdzielczości z przeznaczeniem do publikacji oraz w formie
powiększeń do wystroju wnętrz. Prezentowane fotografie stanowią jedynie mały fragment kolekcji.
Jeżeli szukasz innego ujęcia to napisz. Serdecznie zapraszam do współpracy!
© Adam J. Ławnik